Cephalic Carnage "Misled by Certainty" (2010)

Awatar użytkownika
Domin
Płeć: Mężczyzna

Cephalic Carnage "Misled by Certainty" (2010)

Postautor: Domin » 01 września 2012, 12:15

Obrazek


1.The Incorrigible Flame
2.Warbots A.M.
3.Abraxas of Filth
4.Pure Horses
5.Cordyceps Humanis
6.Raped by an Orb
7.P.G.A.D.
8.Dimensional Modulation Transmography
9.Ohrwurm
10.When I Arrive
11.A King and a Thief
12.Power and Force
13.Repangaea
14.Aeyeuchg!

Caphalic Carnage to zespół, który bardzo długo oczekiwał bym go poznał. Dlaczego? Bo uważałem i ciągle uważam ten zespół za grupę gości inteligentnych, dojrzałych i dokładnie wiedzących co robią. Dziwny powód? Może trochę, ale zawsze uważałem, że muszę dorosnąć, dojrzeć by ich muzykę zgłębić i czekałem. Teraz nadszedł odpowiedni moment, gdyż muzyka Cephalic Carnage jest wg mnie wyśmienita. Wreszcie zrozumiałem o co w niej chodzi. Wcześniej też miałem próby słuchania tego bandu, ale kończyły się fiaskiem. Teraz jest zupełnie inaczej. Może przez to, że tym razem zacząłem słuchać od płyty "Misled by Certainty". Album wydany w 2010 roku powalił mnie. No ale od początku. Cephalic Carnage to zespół parający się miksem technicznego grania spod znaku grindcora i death metalu, ale poza tym w ich muzyce słychać inne style. Ale o tym zaraz. Nie będę tego krążka porównywał do innych albumów formacji z prostej przyczyny, reszty nie znam tak dobrze jak tego osobnika. I tak, największym atutem tego albumu, a raczej głównym aktorem widowiska pod tytułem "Misled by Certainty" jest pan Leonard Leal znany również jako Lenzig. Oczywiście mówię tu o wokaliście, który zajebiście wpasowuje się w każdy styl który jest na tym albumie zmieszany z potęgą grindu i deathu. No ale do muzyki konkretnie. Album zaczyna się od kawałka "The Incorrigible Flame", który z grindem ma niewiele wspólnego, ba jest to zajebisty kawałek utrzymany w konwencji technicznego death metalu, ale już kolejny na płycie "Warbost A.M." uderza z początku grindowym potężnym ciosem, by po chwili przejść w zwalisty deathowy walec. Totalnie pokręcony jest za to "Abraxas of Filth". Pełno w nich solowych popisów, basowych wygibasów, a na wokalu wspomógł chłopaków z Cephalic Carnage nie kto inny jak sam Ross Dolan z Immolation. Powstała grobowa mieszanka. W tym kawałku po raz pierwszy na albumie słychać klawisze. Są to jedynie lub aż tła, ale bardzo dobrze budują atmosferę utworów. "Pure Horses" to niespełna 40sekundowy grindowy pocisk, jakich na albumie nie zabraknie. W podobnym stylu jest "P.G.A.D." z gościnnym udziałem wokalisty Nashville Pussy - Blaine'a Cartwrighta, "Power And Force" z wokalami Alexa Camargo z Krisiun czy "Aeyeucgh!". Ale dla równowagi na płycie amerykanie wrzucili wręcz sludge doomowe jazdy. Najlepszym tego przykładem jest kawałek "Cordyceps Humanis". A i w tym kawałku nie zabrakło gościa w postaci Sherwooda Webbera z nieistniejącego już Skinless. Kolejny zajebistym wałkiem z potężnym, miażdżącym riffem jest "Raped By An Orb", który także zdradza zainteresowania panów z CC wolnymi, doomowymi klimatami. Z kolei w "Dimensional Modulation Transmography" usłyszymy czysty wokal, choć nie jest to jakiś słodki czyścioch, raczej są to lekko chrypliwe zaśpiewy hehe. Ale już po nim zaczyna się jeden z najlepszych kawałków na płycie. "Ohrwurm" to kawałek fenomenalny. Wspaniał gra Nicka Schendzielosa na basie, Bruce Lamont z Yakuza na saksofonie, plus do tego genialny klip, który obraził niejedną osobę. Dalej mamy szybki "When I Arrive", bardzo w stylu melodic death metalu z szybką galopującą perkusją i growlem, a potem zmienia się w bujający melodyjny, nawet można by pokusić się o stwierdzenie, stoner z czystymi wokalami. Ale najwspanialszym dziełem tego krążka jest bez wątpienia kawałek o nazwie "Repangaea". Zaczyna się bardzo wolno ze zmysłową wręcz grą saksofonu, perkusji i basu, przez chwilę rwaną brudnym krótkim riffem. Potem wchodzą przestrzenne gitary i .... MASTODON!! Szok. Potem panowie grają jak Mastodon. Nie mogłem uwierzyć w to co słyszę. Coś niesamowitego, jak to zajebiście się komponuje z ich pomysłem na ten kawałek. Najpierw gromkie zaśpiewy, potem spokojny, melodyjny wokal, potem rusza solo. Ależ to brzmi zajebiście. Wchodzi ochrypły, zdarty jak u pijaka głos, by nagle wpaść w atmosferę znaną z płyt Neurosis, plus fortepian... i znowu gitary i znowu ryk, growl... łoooooooo!! MEGAZAJEBISTY kawałek. Coś niedopisania. Emocje opadają, nie wiem co się ze mną dzieje. Album wyrywa z trampek, nie wiem czy każdy tak go oceni. Ja uważam go za genialny. Panowie pomimo zaproszenia tylu gości, uzyskali tyle smaków, tyle emocji, tyle agresji, zachowali swój unikatowy styl i pokazali światu jak można, wyrafinowanie grać grindcore!

6/6 a za "Repangaea" 7/6

Wróć do „Recenzje”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość