The Faceless - Autotheism (2012)

Awatar użytkownika
DarkMoonlight
Lokalizacja: Góry
Podziękował: 2 razy
Podziękowano: 19 razy
Płeć: Mężczyzna

The Faceless - Autotheism (2012)

Postautor: DarkMoonlight » 20 sierpnia 2012, 15:59

The Faceless - Autotheism

Obrazek


1. Autotheist Movement I: Create
2. Autotheist Movement II: Emancipate
3. Autotheist Movement III: Deconsecrate
4. Accelerated Evolution
5. The Eidolon Reality
6. Ten Billion Years
7. Hail Science
8. Hymn of Sanity
9. In Solitude


Kiedy zobaczyłem, że Domin słucha tego albumu na lastfm pomyślałem sobie: ja też chcę. Tak jakoś ciągnęło mnie w kierunku tego zespołu. I udało się, zobaczyłem w wyzwaniach i od razu wybrałem ten krążek. Przyznam się szczerze, że dokonania zespołu są mi całkowicie obce ale zachęcił mnie tytuł najnowszego albumu Autotheism czyli samouwielbienie. Auto-uwielbienie. Intrygujące i tajemnicze. To co zaczynamy uwielbiać samego siebie?
Wszystko zaczyna się od tryptyku zatytułowanego Autotheist Movement. Pierwsza część zaczyna się spokojnie, fortepian pobrzmiewa sobie delikatnie i wchodzi czysty wokal. Później grow mocno, agresywnie. Druga część rozpoczyna się już od samego początku bardzo ciężko. Gitary, perkusja wszystko jest złe i nieprawe. Nagle słychać płacz dziecka. Bardzo ciekawy zabieg. I niestety pojawia się kobiecy wokal, który trochę mi przeszkadza, jeśli mam być szczery. Nie pasuje mi tutaj w ogóle. Ostatnia część tego tryptyku – na początku gitary jak u progresywnych zespołów. I delikatny wokal. Z ciekawym dźwiękiem jakbym dźwięku z pozytywki. Jakby ktoś dorosły śpiewał kołysankę dla swego dziecka, która miała takie słowa:
God is dead!
Rid your mind of guilt my child
God is dead!
Let your sacrament wilt my child
W tej części pojawia się również saksofon, który nadaje temu kawałkowi takiego dobrego smaku. Jest taki wysublimowany. A kończy się tym motywem kołysanki, melodii z pozytywki.
Kolejne dwa numery to bardzo dobre metalowe granie z mnóstwem solówek, ciekawych zabiegów instrumentalnych. Z dwoma głosami: czystym i growlem. Z tymże to growl jest wiodący.
Ten Billion Years – intrygujące intro, rytmiczne uderzanie jakby wahadła. I wokalista zwiastuje wieść: I am the alpha
I am the omega…
Bardzo podoba mi się klimat jaki ma każda piosenka. Podział na wokal czysty i growl. Muzycznie jest świetnie. Potem jest całkowite zaskoczenie w postaci Hail Science, które przechodzi płynnie w Hymn of Sanity. I na koniec utwór In Solitude. Piękny klimatyczny, przypominający Opeth w latach jego świetności. „Pluskanie” gitary, instrumenty smyczkowe i czysty wokal. Ale to piękno nie trwa wiecznie. Nadchodzi czerń, mrok gitary stają się mocniejsze i samotność przeradza się w całkowite osamotnienie. Człowiek obdarty ze wszystkiego stoi nagi i uświadamia sobie jak bardzo jest opuszczony. Nie ma nikogo. Liczy się on i tylko on i dopóki nie uświadomi sobie tej prawdy będzie tak stał, jak jakaś „sierota’. Samotność nie jest zła. Samotność ma nam służyć. My jesteśmy „panami” naszej własnej samotności i dzięki niej mamy stawać się silnymi ludźmi. Mamy sami się uwielbiać, sami zachwycać się sobą. Może brzmi to trochę jak jakiś przejaw egoizmu czy egocentryzmu ale co złego jest w pochwalaniu samego siebie?
Może kogoś z was dziwi fakt, że podobał mi się ten album. A co więcej on na stałe zagości w mojej playliście. Lubię zespoły, które mają coś do powiedzenia. Które śpiewają o czymś a przy tym posługują się całą paletą narzędzi. Takimi jak różnorodne wokale, świetne solówki, mocne gitary, perkusja, zmiana tempa, progresywne wstawki, których nie powstydziłby się nawet King Crimson. Na tym albumie każdy znajdzie coś dla siebie. Polecam!!!
Ocena: 5.75/6
Wyzwanie od Dominusa!
Wszystko jest gównem prócz moczu./wisdom/
Awatar użytkownika
Domin
Płeć: Mężczyzna

Re: The Faceless - Autotheism

Postautor: Domin » 22 sierpnia 2012, 20:51

Obrazek


1. Autotheist Movement I: Create
2. Autotheist Movement II: Emancipate
3. Autotheist Movement III: Deconsecrate
4. Accelerated Evolution
5. The Eidolon Reality
6. Ten Billion Years
7. Hail Science
8. Hymn of Sanity
9. In Solitude


Na ten album słuchacze metalu czekali dłuuuuuuuugi okres czasu. Od poprzedniego krążka The Faceless ("Planetary Duality") minęło 4 lata. Niektórzy już zaczęli tracić nadzieje, że usłyszą coś co będzie firmowane tą nazwą. Dodatkowym ciosem dla fanów było odejście dotychczasowego wokalisty zespołu – Dereka Rydquista. Który niejako stanowił ważną część The Faceless. Michael Keene (gitarzysta i wokalista) załatwił zastępstwo za Dereka w postaci Geoffreya Ficco. Zespół opuścili także gitarzysta i basista. Wydawało się że z zespołem jest kiepsko. A tu Sumerian Records, wydawca The Faceless, ogłasza że rok 2012 będzie tym w którym ujrzy światło dzienne 3-cie dzieło amerykanów. Zaskoczenie, a potem zacieranie rąk, trzeba było się uzbroić w cierpliwość. Wytwórnia co jakiś czas raczyła nowymi newsami na temat prac nad albumem. Zespół na swoich stronach (facebook, myspace) pokazywał fanom raporty ze studia, gdzie to Michael Keene "tyran, pan i władca" pracował z poszczególnymi członkami zespołu nad nagrywaniem całości materiału. W końcu nadeszła data premiery i ... padłem na kolana. Po przesłuchaniu albumu padłem na kolana i nie mogłem powstać. Album przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Michael śpiewa na albumie dużo. Czasami można odnieść wrażenie, że Geof jest tu drugim wokalistą. No ale czy można mieć mu za złe? Czysty wokal Michaela brzmi rewelacyjnie. I nie jest to poprawiony w studio głos. Jest fantastyczny również na żywo. Dalej. Muzyka się rozwinęła. Nie jest to już tylko techniczny death metal. Mnóstwo jest tu elementów, które dają (a jak?!) wszystkim dziennikarzom pozwolenie nazwać ten album progresywnym pełną gębą. Mnóstwo tu bardzo ciekawych wstawek. Mamy kobiecy wokal ("Autotheist Movement II: Emancipate"), mamy chóry, przejawy groteski i saksofon ("Autotheist Movement III: Deconsecrate"), mamy akustyczną gitarę ("In Solitude"), lekkie smyki ("Ten Billion Years"). Ale także mamy na "Autotheism" mnóstwo klasycznych elementów jeśli chodzi o death metal. Są połamane dźwięki, ciężki riffy, dudniąca, ekwilibrystyczna perkusja, wspaniałe solówki, oczywiście nie można zapomnieć o growlu, skrzeku a nawet krzyku. To wszystko zawarte jest w ponad 40 minutach muzyki. Najlepsze kawałki jak dla mnie to "Autotheist Movement III: Deconsecrate" w którym jest prawie wszystko to co wymieniłem wyżej, jest wyjątkowo ciekawy i chyba najbardziej rozbudowany z całego krążka. Należy nadmienić iż saksofon, który słychać w tym kawałku to gra niejakiego Sexy Sax Man'a. Kolejnym jest "Ten Billion Years", ciężki w wolnym tempie, bardzo ponury i klimatyczny wałek. Ostatnim, który mnie powalił totalnie jest "In Solitude". Z początku melancholijny, z akustyczną gitarą i przejmującym śpiewem Michaela. Cóż mogę dodać na koniec? Nie wiem, dla mnie to jeden z albumów roku. Ciekawe czy jeszcze ktoś mnie tak miło zaskoczy.

6/6

Wróć do „Recenzje”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość