Trylogia "Millennium". Książki i filmy.

„Książka to mędrzec łagodny i pełen słodyczy, który puste życie napełnia światłem, a puste serca wzruszeniem.”
- Kornel Makuszyński
Awatar użytkownika
Viento
Lokalizacja: Łódź
Podziękował: 20 razy
Podziękowano: 7 razy
Płeć: Kobieta

Re: Trylogia "Millenium" w reż. Davida Finchera

Postautor: Viento » 05 maja 2012, 19:01

Właśnie obejrzałam amerykańską wersję. Nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia. Bardzo dużo przeskoków akcji, kompletnie zmieniono zakończenie, Lisbeth jest inna niż w książce - powiedziałabym, że jest ciepła, bardziej otwarta. I zakochuje się w Mikaelu. :roll: Spokojnie można sobie ten film darować.
Awatar użytkownika
Vinlett
Lokalizacja: Układ Tatooine
Podziękował: 38 razy
Podziękowano: 59 razy
Płeć: Kobieta

Re: Trylogia "Millenium" w reż. Davida Finchera

Postautor: Vinlett » 19 maja 2013, 22:00

Wczoraj wreszcie obejrzałam "Dziewczynę z tatuażem". Uważam, że film wcale nie jest taki zły, jak go tu opisano. Niestety miał pecha powstać na samym końcu, więc ci co znają tę historię z książki i szwedzkiej ekranizacji, nie mogą zostać niczym nowym zaskoczeni. Na pewno nie podoba mi się sam tytuł. Nie rozumiem po co było zmieniać na dziewczynę z tatuażem (nawet ze smoczym tatuażem, biorąc pod uwagę tytuł oryginalny). Czyżby Fincher kręcił trylogię Lisbeth, a nie Millennium? Nie przeszkadza mi natomiast drobna korekta zakończenia, bo kwestia zasadnicza, a więc to czy Harriet żyje czy nie, pozostaje bez zmian. Zresztą uważam, że to szwedzka wersja bardziej odbiega od książki i to w przełomowych momentach- Lisbeth odkrywa kod biblijny, a nie kto inny, Mikael do końca pozostaje całkiem nieświadomy zagrożenia ze strony Martina i sypie mu co akurat w archiwum sprawdza Lisbeth, Lisbeth nie wyciąga Martina z wraku samochodu, choć może go ocalić itp. Paradoksalnie to amerykańscy twórcy zachowali większą zgodność z treścią książki.

Lisbeth z filmu Finchera też jest bardziej tą Lisbeth z kart powieści. Przynajmniej jeżeli chodzi o jej fizyczność. Przypomina anorektyczkę, jest malutka i wygląda jak dziewczynka, a nie jak dorosła kobieta. Natomiast na korzyść kreacji Rapace przemawia to, że jej postać jest charyzmatyczna i niesie w spojrzeniu jakiś pierwiastek szaleństwa.

Tak naprawdę największe wrażenie wywarli na mnie aktorzy starej daty, którzy zagrali Henrika Vangera. Sceny, w których Sven-Bertil Taube płacze nad kolejnym otrzymanym zasuszonym kwiatem i kiedy Christopher Plummer dowiaduje się prawdy o Harriet, zostały odegrane po mistrzowsku. Aktorska klasa.

Viento pisze:I zakochuje się w Mikaelu. :roll:
A to źle? W książce też się zakochała.
I am the FBI.
Awatar użytkownika
Natta
Lokalizacja: Allenstein
Podziękował: 30 razy
Podziękowano: 22 razy
Płeć: Kobieta

Re: Trylogia "Millenium" w reż. Davida Finchera

Postautor: Natta » 19 maja 2013, 23:03

Vinlett pisze:Na pewno nie podoba mi się sam tytuł. Nie rozumiem po co było zmieniać na dziewczynę z tatuażem (nawet ze smoczym tatuażem, biorąc pod uwagę tytuł oryginalny). Czyżby Fincher kręcił trylogię Lisbeth, a nie Millennium?


To już wina amerykańskiego wydawcy, który zmienił oryginalny tytuł książki "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" na "The Girl with the Dragon Tattoo". Ogólnie cała seria w tłumaczeniu na angielski skupia się w tytułach na Lisbeth. Drugi tom to "Dziewczyna która igrała z ogniem", zgodnie z oryginałem, a trzeci "Zamek z piasku, który runął" na "The Girl Who Kicked the Hornet's Nest".

Też mi się podobał film Finchera. Chociaż szwedzki w sumie tak samo. Co do postaci Lisbeth, to obie aktorki zagrały świetnie, ale jak podkreśliłaś, Rooney Mara oddała lepiej wygląd fizyczny Lisbeth, a Noomi Rapace charakter i socjopatyczne zachowanie. Szwedzki film był odmienny klimatem, może bardziej "prawdziwy", bo czuć było jednak szwedzki klimat, ponury i mroczny.
Awatar użytkownika
Luna
Lokalizacja: Elliðaey
Podziękował: 54 razy
Podziękowano: 42 razy
Płeć: Kobieta

Re: Trylogia "Millennium". Książki i filmy.

Postautor: Luna » 14 lipca 2013, 01:37

Pozwoliłam sobie rozszerzyć temat :).

Wreszcie nadrobiłam zaległości. Przeczytałam książki i obejrzałam filmy: szwedzkie i ten Finchera.

Zacznę od książek, chociaż w tym przypadku niewiele mam do powiedzenia. Kawał porządnej roboty. Zastanawiałam się, co czyni trylogię Millennium wyjątkową, wyjątkowo dobrą, bo przecież na sklepowych półkach nie brakuje porządnych kryminałów. Wydaje mi się, że sedno tkwi w szczegółach. Larsson stworzył bardzo solidny, spójny i ciekawy świat. Bohaterowie jedzą, piją, śpią - żyją ;). Właśnie dlatego można tak łatwo do tego świata przeniknąć. W książkach brak szczegółowych opisów, a jednak wszystko klarownie maluje się przed oczami. Nie można ich nazwać ani typowo męskimi, ani typowo kobiecymi. Może dlatego, że to mężczyzna przemawia w obronie kobiet? Jest miejsce na wszystko, ale po trochu i ze smakiem - na emocje, miłość, seks, skandale, morderstwa, gwałty i inne, trudne tematy. Napisane tak 'po ludzku', bezpretensjonalnie, z lekkim dystansem, bez oceniania. Właśnie tym Larsson mnie kupił. No i oczywiście bardzo ciekawą fabułą, ale w to nie będę wnikać - po prostu miał chłop łeb :). Do tej pory zastanawiam się, jak to zrobił, że uwierzyłam mu, iż drobna kobietka postrzelona w biodro, ramię i głowę wygrzebała się z grobu i jeszcze miała na tyle siły, aby dwa razy przywalić ojcu siekierą, której nie miała prawa udźwignąć :D. Szkoda, że Larsson już nic nie napisze ;).


Nie jestem powalona szwedzkimi ekranizacjami. Nie chcę ich również krytykować, bo to naprawdę dobre filmy (zwłaszcza dwie pierwsze części), ale po obejrzeniu czułam pewien niedosyt i zrozumiałam o co chodzi dopiero po zapoznaniu się z "Dziewczyną z tatuażem" Finchera. Teraz będę te filmy porównywać, więc zacznę czepiać się szczegółów, ale to nie oznacza, że szwedzkim produkcjom mam tak wiele do zarzucenia. Zacznę od obsady.

Mikael Blomkvist - podobała mi się gra Michaela Nyqvista i nie przeszkadzał mi Daniel Craig, ale i u jednego, i u drugiego zabrakło mi odrobiny swobody. No, może tylko u Szwedów gdzieś tam przebijała, Mikael próbował żartować z fotoreporterami, ale Blomkvist książkowy miewał takie momenty, kiedy sprawiał wrażenie trochę nieodpowiedzialnego, postępującego brawurowo, wyrośniętego chłopca, a w filmach jego postać potraktowano po macoszemu i wyszedł z tego poważny nudziarz. Takie odniosłam wrażenie. Ja go widzę jako Kevina Costnera z czasów "Doskonałego świata" :D.

Erika Berger - po przeczytaniu książek odebrałam ją jako osobę kompetentną, ze swoją kobiecą wrażliwością, lękami i rozterkami, ale także niezłomną i odważną. U Szwedów Erika (Lena Endre) miała z 10 lat za dużo i pozostawiała zbyt duże pole do popisu swoim emocjom. Bardziej przypominała mi zatroskaną matkę, niż zdystansowaną redaktor naczelną. Z kolei u Finchera była w moim odczuciu idealna - atrakcyjna, wiedziała, czego chce.

Martin Vanger - nie mam zastrzeżeń do gry Petera Habera, ale jednak to Stellan Skarsgård wydusił z tej roli każdą kropelkę. Powaliła mnie scena w jego piwnicy. Wyglądał, jak prawdziwy psychol.

Henrik Vanger - no i znowu punkt dla Finchera. Może i Henrik był sponiewieranym emocjonalnie dziadkiem u schyłku życia , ale jednak do końca pozostał człowiekiem charyzmatycznym, nieco władczym, trzeźwo myślącym, zdecydowanym. Doskonale to ukazał Christopher Plummer, natomiast Sven-Bertil Taube imo nie podołał. Zagrał staruszka, który odsunął się gdzieś na bok owładnięty swoją obsesją z dawnych lat.

Nils Bjurman - u Szwedów podobało mi się to, że był taki obleśny, a u Finchera jego niepozorność. Wyglądał, jak marionetka, którą w rzeczywistości był.

Plague - bardziej podobał mi się amerykański. Taki okopany w swej norze, zarośnięty brudem śmierdziel. Ten u Szwedów był całkiem cywilizowany :lol:.

Na deser zostawiłam sobie Lisbeth Salander. Prawdę mówiąc w grze Noomi Rapace nie widzę tego, co widzą inni. Właściwie, to odniosłam wrażenie, że zbyt wiele, to ona się nie nagrała... największe wrażenie robi jej śliczna buzia i nie chcę, żeby zabrzmiało to obraźliwie, bo z pewnością jest niezłą aktorką, ale jednak do zagrania kogoś tak barwnie bezbarwnego potrzeba czegoś więcej. Nie wystarczy tylko mina naburmuszonego dziecka, milczenie wszystkiego nie zagra. Moim zdaniem doskonale w tej roli sprawdziła się Rooney Mara. Trochę ciężko było mi się przestawić... z powalająco pięknej Noomi na takiego obdartusa. Ale jednak taka właśnie była Lisbeth, tak ją sobie wyobrażałam. Nie była opryskliwa, tylko totalnie beznamiętna i chciała, żeby cały świat dał jej święty spokój. No, ale aparycja to jedno, a gra, to drugie. Oglądając szwedzkie filmy cały czas się zastanawiałam: "Dlaczego Lisbeth ciągle patrzy komuś w oczy?". Właśnie dlatego tak mi się spodobało u Rooney to nagłe spuszczanie wzroku, kiedy ktoś odwracał się w jej stronę. Była, jak zahukane zwierzę, jak mała dzikuska i wariatka. No i, przepraszam bardzo (to do Szwedów), ale to, że kobieta nosi kolczyki i robi sobie tatuaże nie oznacza, że jest zapuszczona i nie goli pach! Tym bardziej, że ma idealnie wyregulowane brwi :lol:.


A teraz tak ogólnie... Bardziej przemówił do mnie film Finchera (czekam niecierpliwie na kolejne części). Szwedzkie ekranizacje mają świetny klimat, widać, że są zrobione starannie, z sercem, ale jednak wydaje mi się, że więcej uwagi poświęcono rzeczom mniej istotnym, pominięto kilka ważnych drobiazgów. Np. relacja Lisbeth i Blomkvista. Ktoś, kto nie czytał książek, po obejrzeniu tych filmów mógłby odnieść wrażenie, że Salander naprawdę jest kompletnie oderwana od rzeczywistości i ma wszystkich w dupie. Przeleciała Mikaela, a potem dla kaprysu zerwała z nim kontakt, choć ten dwoił się i troił, żeby uratować jej tyłek. Jest tylko jedna scena, kiedy u swojej matki w szpitalu mówi, że ma chłopaka, ale nie można się zakochać... I tak naprawdę nie wiadomo, czy się zakochała i ją to boli, czy faktycznie jest taka twarda i wszystko po niej spływa. U Finchera fajnie pokazano, że nawet ona jest zdolna do miłości, że zranił ją widok Eriki u boku Mikaela i jej milczenie w kolejnych częściach będzie uzasadnione. U Szwedów nie podobał mi się również proces Salander (ciekawa jestem, jak to zrobią Amerykanie). Czytając książkę miałam wypieki na twarzy. W sądzie działo się tak wiele... aż iskry leciały. W filmie bardzo to wszystko spłycono i skrócono. W ogóle uważam, że "Zamek z piasku, który runął." jest najsłabszą ekranizacją, momentami wręcz nudną.
Awatar użytkownika
Natta
Lokalizacja: Allenstein
Podziękował: 30 razy
Podziękowano: 22 razy
Płeć: Kobieta

Re: Trylogia "Millennium". Książki i filmy.

Postautor: Natta » 14 lipca 2013, 11:28

Film Finchera po prostu był dopracowany, bardziej dopieszczony. W przypadku szwedzkiej ekranizacji cały czas miałam wrażenie, że wiele rzeczy zostało zrobione na siłę, tak aby było, bez większego zastanawiania się. Obsada amerykańska też się bardziej przyłożyła. Myślę, że wiele negatywnych opinii nt. amerykańskiego filmu wynika z faktu, że wierni fani Larssona, którym spodobała się szwedzka ekranizacja, oburzyli się na wieść że Amerykanie będą "poprawiać" z założenia niby lepszą i jedyną słuszną, bo szwedzką ekranizację. A to nie jest przecież tak. Zarówno film Finchera, jak i Opleva to odrębne dzieła, od początku do końca inaczej przemyślane ekranizacje tej samej książki. Istnienie wersji amerykańskiej niczego nie odbiera wersji szwedzkiej.

Filmy szwedzkie mają jeszcze jedną poważną wadę - chaotyczny montaż i pominięcie części wątków. Wszystkie trzy filmy zostały puszczone w TV jako miniserial 6-odcinkowy, łącznie całość trwa około 9 godzin. To dłużej o 2 godziny niż materiał filmowy, jest tam więcej scen, więcej wątków i podobno dopiero jak się ogląda serial to wszystko się zaczyna widzowi klarować. Nie jest to moje zdanie, bo nie oglądałam tego - szczerze mówiąc nie mam ochoty póki co. Wiem od kolegi i z Internetu. Gdybym wiedziała wcześniej, to zamiast filmów obejrzałabym serial. A tak to może za parę lat, jak mi się będzie chciało odświeżyć serię...
Awatar użytkownika
Luna
Lokalizacja: Elliðaey
Podziękował: 54 razy
Podziękowano: 42 razy
Płeć: Kobieta

Re: Trylogia "Millennium". Książki i filmy.

Postautor: Luna » 15 lipca 2013, 02:04

Natta pisze:Gdybym wiedziała wcześniej, to zamiast filmów obejrzałabym serial. A tak to może za parę lat, jak mi się będzie chciało odświeżyć serię...

Szkoda, że nie wiedziałam tego wcześniej, bo też nie chce mi się oglądać całości po raz drugi.
Awatar użytkownika
Vinlett
Lokalizacja: Układ Tatooine
Podziękował: 38 razy
Podziękowano: 59 razy
Płeć: Kobieta

Re: Trylogia "Millennium". Książki i filmy.

Postautor: Vinlett » 18 grudnia 2013, 20:33

Ja wiedziałam, ale poszłam na łatwiznę i obejrzałam filmy, bo krócej ;).


http://booklips.pl/newsy/to-juz-potwier ... illennium/

Oczywiście oceni się po przeczytaniu, ale na obecną chwilę nie wiem co o tym myśleć. Z jednej strony fajnie, bo będzie co czytać, a z drugiej głupio, bo nowa powieść ma być nie po myśli twórcy. Nie wiedziałam zresztą, że Larsson pozostawił jakiś nieukończony tekst.
I am the FBI.
Awatar użytkownika
Natta
Lokalizacja: Allenstein
Podziękował: 30 razy
Podziękowano: 22 razy
Płeć: Kobieta

Re: Trylogia "Millennium". Książki i filmy.

Postautor: Natta » 18 grudnia 2013, 22:22

Larsson pozostawił około 3/4 czwartego tomu. W posiadaniu tego jest jego partnerka Eva Gabrielsson, jednakże nie posiada zgodnie z prawem praw autorskich, ponieważ Larsson się z nią nie ożenił (podobno, żeby chronić ją przed ewentualnymi atakami neonazistów - był lewicowym dziennikarzem śledczym). Pisarz co prawda spisał testament, ale jest niepoświadczony i przez to nieważny. Gabrielsson pozostaje w konflikcie z rodziną, która ma faktyczne prawa autorskie, i nie chce oddać laptopa z powieścią. Może dlatego sequel nie ma nic wspólnego z pracą Larssona. Dla mnie to typowy skok na kasę, ale może coś z tego wyjdzie... póki co podchodzę do tego sceptycznie.
Awatar użytkownika
Luna
Lokalizacja: Elliðaey
Podziękował: 54 razy
Podziękowano: 42 razy
Płeć: Kobieta

Re: Trylogia "Millennium". Książki i filmy.

Postautor: Luna » 18 grudnia 2013, 23:48

Co za syf... Nie rozumiem takich akcji (tzn. rozumiem - pieniądze). Książka, to nie film, na który ktoś tam na ogół daje pomysł, inna osoba pisze scenariusz, jeszcze kto inny reżyseruje itd. itd. To osobiste dzieło autora. Jego wizja, pomysły, jego styl, to wszystko decyduje o tym, czy książka się podoba, czy też nie. A Millennium było Larssona. I już. Nie czytałam nic Davida Lagercrantza (i cóż z tego w tym przypadku, skoro zasłynął z biografii), ale jakoś ciężko mi uwierzyć, że można napisać coś naprawdę dobrego na zlecenie. Byłoby super, gdyby opublikowano tę niedokończoną powieść, 3/4 tomiszcza, to naprawdę dużo czytania, a potem zrobiono przerwę, żeby każdy mógł sam się pogłowić i ewentualnie wydano jakiś zbiór alternatywnych zakończeń, różnych autorów (nawet dobrych fanfików). Tym bardziej, że u Larssona raczej nie bywało tak, że wszystkie tajemnice rozwikływały się w ostatniej chwili, więc pewnie w brakującej części nie byłoby wielu istotnych szczegółów fabularnych. Skoro Lagercrantz uważa, że jest wystarczająco dobry, żeby udźwignąć Millennium, to powinien napisać własną powieść, na bazie swojego pomysłu.
Awatar użytkownika
Natta
Lokalizacja: Allenstein
Podziękował: 30 razy
Podziękowano: 22 razy
Płeć: Kobieta

Re: Trylogia "Millennium". Książki i filmy.

Postautor: Natta » 18 grudnia 2013, 23:55

Też jestem tego zdania, dlatego nigdy nie będę traktować tej powieści poważnie. Dla mnie to jest na zasadzie fanfiction za kasę.

Wróć do „Czytelnia”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość