Ostatnio obejrzane filmy

„Gdy rozmawia się o danym filmie, należy rozmawiać o nim tak, jakby był jedynym filmem na świecie, a nie porównywać go z innymi.”
- Maria Kalinowska
Awatar użytkownika
Vinlett
Lokalizacja: Układ Tatooine
Podziękował: 38 razy
Podziękowano: 59 razy
Płeć: Kobieta

Re: Ostatnio obejrzane filmy

Postautor: Vinlett » 03 października 2015, 17:35

Natto, świetna recenzja :). Mnie oczywiście nie trzeba namawiać na pójście do kina na „Marsjanina” (planuję to zrobić jutro), ale na pewno zachęciłaś nią do tego inne osoby.

Natta pisze:Zapewne na początku, przy oglądaniu trailerów, nasunęło się skojarzenie z "Interstellar", bo mamy tych samych aktorów - Matta Damona i Jessicę Chastain, z czego Damon w obu filmach jest samotnym astronautą uwięzionym na obcej, nieprzyjaznej planecie.
Pewnie przez to podobieństwo niektórzy w komentarzach zastanawiali się, czy „Marsjanin” to przypadkiem nie spin-off "Interstellar" ;). Naturalnie nie, choć mam nadzieję, że Matt Damon rolą astronauty Marka Watney’a, zrehabilitował się w oczach widzów po osławionym doktorze Mannie.

Natta pisze:Nie mówiąc już o takich perełkach jak "Armageddon". (I tak lubię "Armageddon", żeby nie było - w końcu to Liv Tyler i Bruce Willis, ale ten film zgwałcił całą naszą wiedzę naukową i zrobił prostytutkę z logiki ;P ).
Na całe szczęście twórcy "Armageddonu" nigdy nie mieli aspiracji zrobić rzetelnego kina sci-fi. Od początku było wiadomo, że chodzi tylko o rozrywkę. „Marsjanin” to zupełnie inny kaliber, bo powstał na bazie trzymającej się strony naukowej powieści.

Natta pisze:Poza tym film jest naprawdę bardzo dokładny naukowo. NASA jest zachwycona, poza tym podobno liczy na to, że film wzbudzi zainteresowanie społeczności i pomoże pozyskać fundusze na marsjańskie misje. Jestem za ;)
Myślę, że w ostatnich dniach z powodu ogłoszenia, że odkryto wodę na Marsie, misja taka zyskała wielu zwolenników. Chociaż bardziej to, co tam płynie, to toksyczne błoto niż woda, ale nie wyprowadzajmy decydentów z błędu, bo w końcu nigdy tam nie polecimy ;).


W ogóle to chcę powiedzieć, że w rok od ukazania się "Interstellar", widz dostaje kolejną historię, która stara się nie traktować miłośników astrofizyki po macoszemu. Wprawdzie nie widziałam jeszcze filmu, ale czytałam powieść, więc wiem czego się spodziewać. Wszystkie inne obrazy, które znam, miały pod tym względem wady. No, może poza „Odyseją kosmiczną”, ale to zamierzchłe czasy. Jeśli w kolejnym roku dostaniemy następny tego typu film, to będzie chyba można już mówić o jakiejś dobrej tendencji wśród filmowców, a ja będę bardzo ukontentowana takim trendem ;).
I am the FBI.
Awatar użytkownika
Bastet
Lokalizacja: Królewskie Miasto Kraków
Płeć: Kobieta

Re: Ostatnio obejrzane filmy

Postautor: Bastet » 24 października 2015, 00:03

Właśnie obejrzałam "Niezłomnego" Angeliny Jolie i jestem mocno rozczarowana. Tym bardziej, że za scenariusz odpowiadali bracia Coen. Mam jednak nieodparte wrażenie, że tym razem uznali, że "Fargo" już zrobili, "Big Lebowski" takoż, to co się będą wysilać, zainkasowali czek i napisali scenariusz w tydzień. W wannie.

Bo jeśli chodzi o reżyserię i zdjęcia to nie ma się do czego przyczepić. Niektóre kadry są wręcz piękne. Wszystko jednak rozbija się o to, że cała historia została potraktowana po łebkach, mocno ciągnąc w stronę "Foresta Gumpa" - tyle że bez Gumpa. Historia o amerykańskim lekkoatlecie, który trafił do japońskiego obozu jenieckiego w czasie II wojny światowej miała potencjał. Widać to zwłaszcza w części, w której bohater, wraz z dwoma towarzyszami, usiłuje przetrwać na oceanie po katastrofie lotniczej. Jest ich trzech, jest szalupa, a dookoła nic, tylko woda. Palące słońce, kapryśny i groźny ocean. Z powietrza grozę sieje japońskie lotnictwo. Wokół szalupy gromadzą się rekiny. Głód, pragnienie, palące słońce, kaprysy żywiołów, drapieżniki czające się dookoła i trzech ludzi walczących o przetrwanie. To było świetne! Moim zdaniem najlepsza część filmu. Materiał na moralitet o kruchości ludzkiego życia...a potem było tylko gorzej.

Wraz z obozem jenieckim pojawiło się też mnóstwo manekinów w miejsce bohaterów, a wszystkie mocne momenty były natychmiast masakrowane przez nieumiarkowane użycie patosu i sztampy. Nie bawimy się w jakieś subtelności - walimy po oczach zajebistością głównego bohatera i ciul z tym. Herkules, Jezus, św. Sebastian do wyboru. A żeby nie było wątpliwości, to wszelkie odniesienia podkreślimy. Dwa razy. Na czerwono. Zamiast moralitetu wyszła hagiografia, zamiast mocnego kina wojennego - teatrzyk kukiełkowy.

Trudno mi się czepiać aktorów - Jack O'Connel i Domhall Gleesom (jak zwykle rewelacyjny) robią co mogą, ale nie bardzo mają z czym pracować. Zapodawanie drętwych tekstów idzie im niesporo, a naprawdę dobrze im idzie, kiedy nie muszą ględzić. Przez drętwotę scenariusza położono nawet wątek zmagań Zamperiniego z psychopatycznym dowódcą obozu, Wantanabe. Co jest sporym osiągnięciem, bo to właściwie był samograj. Psychopata psychopacił, niezłomny był niezłomny, a wszystko, co najważniejsze w tym wątku wklejono w napisach. Brawo. Jestem pod wrażeniem, że dało się to aż tak spieprzyć.

Kolejna sprawa - kapral Wantanabe. A właściwie Miyavi. Przy czym do Miyaviego jako aktora zastrzeżeń jako takich nie mam, a parę razy udało mu się nawet z tego płyciuteńkiego jak kałuża po mżawce skryptu coś wykrzesać. Mam tu na myśli parę tych scen, kiedy udało mu się przeforsować coś, dla uproszczenia nazwijmy #toJapończyknieogarniesz. Wtedy był władczy, piękny, całkiem demoniczny i zupełnie niezrozumiały. Te krótkie chwile, kiedy z Wantanabe wychodził nie tylko sadystyczny psychol, ale przede wszystkim myślący w ekstremalnie innymi kategoriami Azjata w konfrontacji z prostym, zaciętym Amerykaninem jasno pokazały, czym ten film mógł być. Ale nie był, bo bracia Coen pisali scenariusz w wannie.

Ale właściwie jaki mam problem z Miyavim? Ano taki, że to był Miyavi. Jak tylko pokazał się na ekranie i zrobił groźną minę zaczęłam się śmiać. Po raz drugi jednak zaznaczam - to nie jego wina. To wina ogólnego miyavizmu. Szok był dla mnie zbyt duży. No hello, Miyavi jako sadystyczny służbista? Pan "Pocałuję teraz kolegę, ciekawe, co się stanie" Ishihara? Noł łej. Dlatego tym większy szacun dla niego, że w końcu uwierzyłam w jego grę. Choć pewnie poszło by mi szybciej, gdybym nie wiedziała, co to za gość. Niemniej - ostrzegam. Jeśli ktoś zna i lubi Takamasę, to czeka go głęboki dysonans poznawczy.

Podsumowując - zdjęcia tak, reżyseria tak, aktorstwo tak, scenariusz do kosza. To mógł być świetny film. Wyszło jak wyszło.
You're always so perceptive about everyone but yourself.
Awatar użytkownika
Sushi
Lokalizacja: Mordor
Podziękował: 2 razy
Podziękowano: 7 razy
Płeć: Kobieta

Re: Ostatnio obejrzane filmy

Postautor: Sushi » 31 października 2015, 10:08

Oglądałam wczoraj wieczorem "Niezłomnego" i muszę się podpisać w pewnych miejscach pod wypowiedzią Bastet.
Zdjęcia rewelacyjne, miło się oglądało, bajeczne i poruszające. Ale chyba tylko to. Już dawno nie oglądałam tak miałkiego filmu. "Fabuła" leci, leci.... A ja oglądam, oglądam... I nie wiem o co im chodzi. Gdzieś się wszystko rozmyło, było bez polotu i bez jaj. A potencjał był... Szkoda, bo miałam nadzieję, że coś wyniosę z tego filmu a tu bum. Dupa. Nic.
A nie... wyniosłam obraz Miyaviego, w sumie to dużo. Mnie on właśnie pasował do tej roli. W ogóle Azjaci zawsze pasują do ról okrutnych, lekko psychopatycznych wyjadaczy. Żaden Europejczyk, Amerykanin, Afrykańczyk czy inny neandertalczyk nie ma tego błysku dzikości i nieobliczalności co Azjata. Zauważyłam już to oglądając Chińskie produkcje. Coś fascynującego i pociągającego.
Aaaaleee... wracając do Miyaviego. Nie wywołał u mnie napadu śmiechu, ledwie mały uśmieszek :) A w tej roli podobał mi się niezmiernie, odnalazł się w niej i dał coś od siebie. Jedna z ostatnich jego scen poruszyła mnie najbardziej. Sam w sobie - drobny, delikatny, a jednak despotyczny i nieobliczalny Pan z bambusowym kijem sieje postrach wśród więźniow i karze za podniesienie na niego wzroku. Niezłe połączenie i niezły efekt.
Szkoda tylko, ze film słaby.
"Monsters are real, and ghosts are real too. They live inside us, and sometimes, they win."
Awatar użytkownika
Bastet
Lokalizacja: Królewskie Miasto Kraków
Płeć: Kobieta

Re: Ostatnio obejrzane filmy

Postautor: Bastet » 03 listopada 2015, 21:20

No miyavizm :D
Jak już przywykłam, że w tym mundurze i nienagannych onuckach paraduje on sam to zaczęłam wierzyć w to, co gra. Szkoda, że za wiele do grania nie miał. Ostatnie sceny, te w kopalni, były naprawdę dobre. Symbolika subtelna jak Jezus w Świebodzinie, ale mnóstwo szacunu i rispektu dla Ishihara-san, że jednak zdołał się wybronić. Tylko szkoda takiej dobrej historii na taki marny film.

A propos japońskich gwiazd w kinie. Okazało się, że ze srebrnym ekranem flirtuje nie tylko Miyavi. Oczywiście natychmiast zapragnęłam zaznać aktorstwa innych muzyków visual kei. Spodziewałam się wielkiej marności nad marnościami i wszystko marność...a wrażenia okazały się zgoła odmienne.

Pierwszym filmem, który dopadłam było Seth et Holth. Miałam spore lęki zanim odpaliłam w końcu to dzieło, będące właściwie mocno niskobudżetowym, filmowym eksperymentem. Ludzie, którzy to oglądali zwykle podsumowywali Seth et Holth jednym, treściwym zdaniem - "To jest takie, k..., dziwne". A potem porównywali do Psa Andaluzyjskiego. Moje lęki tylko wzrastały. Ale wiecie, miłość to miłość, a jedną z głównych ról gra tam mój piękny, mój najdroższy hide z X Japan. Drugą główną rolę dostał jego kumpel z Zi:Kill, Tusk Itaya.

I to jest takie, k..., dziwne. :wtf:

Seth (hide) i Holth (Tusk) to dwa nieziemskie, półboskie byty, które istnieją sobie w jakimś rodzaju zaświatów. Nie ma tam bólu, czas nie płynie, wszelkie istnienie snuje się spokojnie w pełnej harmonii. Seth i Holth kochają się, nie znając i nie pragnąc niczego poza swoją wieczną, spokojną miłością. Aż do czasu, kiedy Holth zaczyna zadawać pytania o świat zewnętrzny, o inne istnienia. Stwórca (i specjalnie nie opiszę rozkosznej prezencji Stwórcy, aby nie psuć wam radości zbierania zębów z podłogi), najwyraźniej znużony nieciekawym, acz niespodziewanym atakiem holthowego egzystencjalizmu zgarnia oba bóstewka i wysyła ich tranzytem do świata ludzi. Żeby sobie spróbowali życia. I przestali marudzić. Czy jakoś tak. Zgodnie z przewidywaniami, spotkanie ze światem ludzi jest dla Setha i Holtha potwornym szokiem. Zagubieni, przerażeni i bezradni zaczynają desperacko szukać drogi powrotnej do domu.

Całość jest ekstremalnie, jaskrawo psychodeliczna. Film powstał 1993 roku i naprawdę za marne pieniądze, dlatego efekty specjalne i sposób montażu przypominają w zarysie całkiem ciężki trip po meskalinie. Czasem trudno się połapać, o co kaman, gdyż poza oczywistą inspiracją reżysera twardymi narkotykami sama historia jest tak naszpikowana symboliką pochodzącą ze wszystkich możliwych kultur, w dodatku przepuszczoną przez japońską zdolność do wykręcania w precel każdej adaptowanej idei, że przypomina to jeden, wielki bajzel. W dodatku hide i Tusk grają bardziej jak aktorzy kabuki niż jak ktoś, kto uczył się aktorstwa na Zachodzie, więc efekt może pokonać osoby o słabszym systemie nerwowym.

Dlaczego więc o tym piszę? Bo naprawdę warto. Mimo ewidentnie marnego budżetu niektóre sceny są zaskakująco piękne, a ogólna wymowa filmu - przejmująca. Poza tym sceny, w których Seth i Holth okazują sobie uczucia to takie małe, lśniące perełki o bardzo dziwnym kształcie. Właściwie nie ma dialogów, więc wszystko musieli pokazać gestem, mimiką i spojrzeniem. W dodatku hide jest tak niedorzecznie, nieziemsko, bezgranicznie piękny, że choćby dla tego różowowłosego czarodzieja warto rzecz obejrzeć. No i hide napisał muzykę do tego filmu, więc jest jeszcze dziwniej i jeszcze ciekawiej.

Co ciekawe, niski budżet i całkowita amatorszczyzna wszystkich udzielających się przy tym filmie robi obrazowi na dobre. Nikt tam nie sili się na Oscara, zostawiają sobie pełną, nieskrępowaną wolność. Seth et Holth ma jeszcze taki niemożliwy do podrobienia, nostalgiczny klimat lat 90.

Na pewno nie polecam tego filmu każdemu - jest naprawdę, naprawdę dziwny. Natomiast osobom odważnym, otwartym i gotowym na najbardziej odjechane 50 minut życia polecam jak najbardziej.

Drugim zawierającym panów z nurtu visual kei filmem, który sobie przyswoiłam było Moon Child. W rolach głównych Hyde z L'ar en Ciel oraz GACKT z Malice Mizer (obecnie japońskie bożyszcze oraz dyżurny symbol seksu). Moon Child, jak wyczytałam z wikipedii, to rozgrywająca się w futurystycznym świecie historia o wiecznie młodym wampirze Kei (Hyde), który staje się opiekunem niesfornej sierotki o imieniu Shu (GACKT). Sierotka wyrasta na zabójczo przystojnego szefa jednego z trzęsących podziemiem gangów, a wokół krąży grupka mniej lub bardziej dziwacznych indywidualności, walczących o przetrwanie w bezwzględnym świecie. Wystarczyło mi wyczytanie, że będzie to kawałek o dręczonym rozterkami wampirze, żeby przed seansem zakupić butlę gruzińskiego wina. Przewidywałam masę dobrej zabawy, morze głupoty oraz ilość absurdu, którego na trzeźwo znieść się nie da. Plus marne aktorstwo, bo jakże mogą grać j-rockowi muzycy? Mówiąc krótko - spodziewałam się masakrycznie zabawnego, patetycznego gniota.

Film jest świetny.

Na początku miałam trudności z zaakceptowaniem gry aktorskiej GACKTA, który grał z podziwu godną przesadą. Subtelny, kruchy Hyde nie wywołał we mnie szoku poznawczego, bo grał stosownie do swojej aparycji - oszczędnie i subtelnie. Film dzieli się na dwie części. W części drugiej role się odwróciły. Hyde zniknął pod charyzmą GACKTA, który nagle zawłaszczył sobie cały ekran. Przy czym obaj zostali całkowicie rozbrojeni przez Leehom Wanga, aktora z Tajwanu, który w roli Sona poza niesamowitą urodą pokazał jeszcze równie niesamowity talent.

Wampiryzm w Moon Child nie odgrywa większej roli. Kanoniczna nadludzka sprawność i wieczna młodość Keia okazały się punktem wyjścia do opowiedzenia historii o przemijaniu, trwaniu i samotności. Ten film to melancholijna opowieść o tym, co czas robi z ludźmi i o więziach, które ten czas nieuchronnie niszczy. Przyjaźń Keia i Shu staje się czymś, co kosztem wielkiego poświęcenia staje się jedyną wartością. Ich poplątana relacja okazuje się najtrwalszym, co im obu udaje się zachować. Kochają się głęboko, idąc przez życie ramię w ramię, choć często któryś z nich zalicza widowiskowy upadek. Jednak w okolicy zawsze jest ten drugi, by podać pomocną dłoń.

Film na pewno nie jest idealny. Gra aktorska jest bardzo nierówno. Zarówno Hyde jak i GACKT dość często wpadają w typowo japońską przesadę. Momentami kuleją też sceny akcji - również przesadzone. Choć jeśli założyć, że sceny akcji były kręcone z przymrużeniem oka, nie po to, żeby było cool, ale po to, żeby było na luzie i zabawnie to naprawdę można się przy nich świetnie bawić. Szkoda też jedynej roli kobiecej, spłaszczonej maksymalnie. Myślę, że wątek miłosny jest najsłabiej zarysowany i w ogóle nie porywa.

Mimo tych wad Moon Child jest cudownie smutnym, cudownie nastrojowym filmem, o którym pamięta się dłużej niż o większości świetnie zrobionych hollywoodzkich produkcji. Być może moja opinia o nim wynika z faktu, że spodziewałam się arcykomicznego gniota, a dostałam kawałek całkiem niezłego kina. Ale chyba nie tylko ja myślę o Moon Child ciepło. Film był pokazywany w Cannes i na festiwalu w Filadelfii, więc szacowne żyri również znalazło w nim coś wartościowego.

Warto.
You're always so perceptive about everyone but yourself.
Awatar użytkownika
Vinlett
Lokalizacja: Układ Tatooine
Podziękował: 38 razy
Podziękowano: 59 razy
Płeć: Kobieta

Re: Ostatnio obejrzane filmy

Postautor: Vinlett » 04 listopada 2015, 21:42

A ja dopiero dzisiaj obejrzałam „Marsjanina". Wreszcie, bo już mnie nosiło, żeby zobaczyć ten film. Równo miesiąc po tym kiedy planowałam seans, ale cóż, choroba nie wybiera.

Film jest bardzo ładny wizualnie. Jeszcze długo będę pod wrażeniem marsjańskich widoków, lotu statku Hermes i finałowych scen rozgrywających się w kosmosie. Nawet pomimo faktu, że w wersji 3D, którą widziałam, było bardzo mało trójwymiaru. Gdyby nie okulary, które ciążyły mi na nosie, nie odczułabym, że oglądam właśnie taki obraz. Na tym polu zdecydowanie prym wiedzie film „Grawitacja". Na szczęście na tym się kończy jego przywództwo, bo element zgodności z nauką, który mnie o wiele bardziej interesuje, został potraktowany z o wiele większą dokładnością, co z kolei nie do końca „Grawitacji" się udało. Tych kilka nieścisłości, o których tu już pisano, w ogóle mi nie przeszkadzało. Pierwsza zauważona kwestia była wymuszona zawiązaniem akcji, druga - przypuszczam, że było to zbyt trudne do przedstawienia, a trzecia sprawa wciąż stanowi jedno z najpoważniejszych wyzwań, przed jakim stoją eksperci, którzy chętnie już jutro widzieliby na Marsie człowieka. Generalnie film na tak. Więcej takich poproszę.
I am the FBI.
Awatar użytkownika
Natta
Lokalizacja: Allenstein
Podziękował: 30 razy
Podziękowano: 22 razy
Płeć: Kobieta

Re: Ostatnio obejrzane filmy

Postautor: Natta » 05 listopada 2015, 00:28

Vinlett pisze:Tych kilka nieścisłości, o których tu już pisano, w ogóle mi nie przeszkadzało.


Mnie też to nie przeszkadzało, napisałam nawet, że przecież to film fabularny, a nie dokument popularnonaukowy na Discovery ;) Tylko nie byłabym sobą, gdybym tego nie wypunktowała, ot, tak dla sportu :lol: Grawitacji nie widziałam w 3D, więc nie mogę porównać tych efektów w obu filmach, ale jeżeli chodzi o całą resztę to podzielam Twoje zdanie ;)

W sobotę idziemy na "Spectre". Lubię filmy o Bondzie, więc nie mogę się doczekać :)
Awatar użytkownika
Vinlett
Lokalizacja: Układ Tatooine
Podziękował: 38 razy
Podziękowano: 59 razy
Płeć: Kobieta

Re: Ostatnio obejrzane filmy

Postautor: Vinlett » 05 listopada 2015, 21:05

Natta pisze:Mnie też to nie przeszkadzało, napisałam nawet, że przecież to film fabularny, a nie dokument popularnonaukowy na Discovery ;) Tylko nie byłabym sobą, gdybym tego nie wypunktowała, ot, tak dla sportu :lol:
Bardzo dobrze, że to zrobiłaś, bo trzeba zwracać uwagę na takie rzeczy i nie dawać się oszukiwać :). Również mam frajdę, kiedy wypatrzę jakąś nieścisłość. Lubię w ten sposób sprawdzać swoją wiedzę, choć przyznaję, że raz mnie przymuliło - na „Grawitacji". Film w wersji 3D był tak przepiękny wizualnie, że uwierzyłam we wszystko. Dopiero po jakimś czasie od obejrzenia doszło do mnie, ale zaraz, przecież to było nie tak, i to, i jeszcze to :lol:.

Co do Bonda to nigdy nie byłam jego fanką. Ostatni film z tej serii, który widziałam, to był chyba "GoldenEye", czyli jeszcze z Brosnanem. Ale wszystkim, którzy się na "Spectre" wybierają, życzę dobrej zabawy :). Ja jestem w tej chwili na etapie intensywnego myślenia, co by w najbliższy weekend wybrać się na „Crimson Peak. Wzgórze krwi" ;).
I am the FBI.
Awatar użytkownika
Viento
Lokalizacja: Łódź
Podziękował: 20 razy
Podziękowano: 7 razy
Płeć: Kobieta

Re: Ostatnio obejrzane filmy

Postautor: Viento » 08 listopada 2015, 18:41

Natto, jak ci się podobało Spectre?

Ja jestem zachwycona :) Dużo powiązań z wcześniejszymi filmami, dużo akcji i piękny Rzym i Meksyk. Chętnie obejrzę ponownie.
Awatar użytkownika
Natta
Lokalizacja: Allenstein
Podziękował: 30 razy
Podziękowano: 22 razy
Płeć: Kobieta

Re: Ostatnio obejrzane filmy

Postautor: Natta » 08 listopada 2015, 20:03

Film mnie zachwycił już od pierwszych scen z barwnymi obchodami Święta Zmarłych w Meksyku i z zapierającą dech w piersiach sceną spaceru Bonda po dachach - nagraną z jednego ujęcia! Wow! Piękne plenery, mnóstwo nawiązań do klasyki (sygnet, biały kot). Kobiety Bonda rewelacyjne - Monica Belucci wygląda zjawiskowo i większość kobiet marzyłaby, żeby tak wyglądać w wieku 51 lat (chociaż jej dialogi z głównym bohaterem troszkę trąciły banałem, ale to akurat wina scenarzystów). Lea Seydoux również dobrze się spisała. Bond przestaje być seksistowski - w końcu jedna z dziewczyn Bonda ma tyle lat, co on, a druga nie jest bezwolną istotką, tylko też potrafi nieźle skopać tyłki wrogom. Christoph Waltz spisał się w roli psychopatycznego antagonisty Bonda, ale nie pobił jednak Javiera Bardema w "Skyfall". Oczywiście można by się było spierać o typowo bondowskie klisze czy zasadność komicznych scen, ale bez przesady, takie są właśnie filmy o Bondzie i za to je kochają widzowie.
Awatar użytkownika
Viento
Lokalizacja: Łódź
Podziękował: 20 razy
Podziękowano: 7 razy
Płeć: Kobieta

Re: Ostatnio obejrzane filmy

Postautor: Viento » 09 listopada 2015, 07:44

Bond przestaje być seksistowski - w końcu jedna z dziewczyn Bonda ma tyle lat, co on, a druga nie jest bezwolną istotką, tylko też potrafi nieźle skopać tyłki wrogom.


Podobała mi się ta zmiana.

Oczywiście można by się było spierać o typowo bondowskie klisze czy zasadność komicznych scen, ale bez przesady, takie są właśnie filmy o Bondzie i za to je kochają widzowie.


Ja traktuję z przymróżeniem oka dialogi typu:
Dziewczyna: You shouldn't stare.
Bond: And you shouldn't look like that.
oraz o tym, że tylko Bond może ją uratować.

No bo jak nie Bond to kto? ;)

Film mnie zachwycił już od pierwszych scen z barwnymi obchodami Święta Zmarłych w Meksyku i z zapierającą dech w piersiach sceną spaceru Bonda po dachach - nagraną z jednego ujęcia!


Tak, to był genialny początek! Feria barw i muzyki, mistrzowsko nakręcone to było.

Wróć do „Kinomania”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość