Jim Jarmusch

„Żal mi czasów niemego filmu. Cóż to była za radość widzieć, jak kobiecie otwierają się usta, a głosu nie słychać.” - Charlie Chaplin
Awatar użytkownika
Bastet
Lokalizacja: Królewskie Miasto Kraków
Płeć: Kobieta

Re: Ostatnio obejrzane filmy

Postautor: Bastet » 24 sierpnia 2014, 14:45

Natta pisze:W którym momencie filmu jest o tym mowa? Jakoś mi to umknęło.

Wprost nigdzie nie jest powiedziane, ile Adam ma lat, ale co jakiś czas pojawiają się hinty: Marlow mówi, że żałuje, że go nie znał, kiedy pisał "Hamleta". Nie znał, bo Adam nie był wówczas jeszcze wampirem, pewnie nawet się nie urodził. W innym miejscu Eve mówi Adamowi, że "przegapił całą zabawę" - średniowiecze, Inkwizycje, zarazę itd. Przegapił, bo nie było go wtedy na świecie. Ale tak jak mówiłam, to są tylko takie drobiazgi rzucane od czasu do czasu. Mnie jest łatwo to zinterpretować w ten sposób z bardzo prostego powodu - oglądałam wywiad z Hiddlestonem na temat filmu i koncepcji postaci :D W wywiadzie Tom wprost powiedział, iż obaj z Jarmuschem przyjęli, że Adam będzie od Eve znacznie młodszy, że jego przemiana w wampira nastąpiła pod koniec XVI wieku i że będzie Anglikiem, co jeszcze mocniej uwypukli jego fascynację i związki z angielskim romantyzmem. Co zresztą rzuca się w oczy w drobiazgach - Adam, mimo upływu setek lat, nadal mówi z bardzo silnym, angielskim akcentem. Wprawdzie klnie jak szewc i bywa opryskliwy, ale wobec osób, które kocha, lubi i szanuje przejawia maniery angielskiego lorda.

Gorzej się ma sprawa z Eve, bo w jej wypadku nie ma nawet najdrobniejszych aluzji co do wieku czy pochodzenia. Eve sprawia wrażenie nie tylko wiecznej, ale i przedwiecznej. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jej głęboka więź z przyrodą i znajomość imion wszystkiego, co żyje bierze się z stąd, że to ona u zarania czasu te imiona im nadała. Choć to tylko moja interpretacja, bo Eve, wbrew pozorom, jest jeszcze bardziej tajemnicza od Adama.

Btw, wczoraj byłam w kinie drugi raz i za drugim razem ten film na wielkim ekranie jest jeszcze lepszy. Kiedy już nie trzeba śledzić fabuły oraz myśleć "co dalej?" można po prostu zapaść w fotel, wylogować się z naszego "zombielandu" i spędzić dwie godziny w cudownym, intymnym, nocnym świecie Adama i Eve. Jestem zakochana do krwi, do kości. Jakbym całe życie czekała właśnie na ten film, jakbym całe życie czekała na tę dwójkę. Jarmusch, opowiadając tak naprawdę o sobie i swoim postrzeganiu świata opowiedział też o mnie, o moich tęsknotach i marzeniach. Teraz piszę o tym i chce mi się płakać, że do końca życia będę już tęsknić za tą oblaną sztucznym światłem przestrzenią, za muzyką Adama, za samym Adamem, za Eve, za ich łamiącym mi serce pięknem. Chciałabym, żeby ta historia trwała cały czas. I jestem bardzo wdzięczna Jarmuschowi, że nie zamknął tej opowieści - pokazał nam tylko wycinek czasu, który Adam i Eva dzielą ze sobą, krótki epizod z wieczności, kawałek rozmowy, która trwa od wieków. Zostawia nas z nadzieją, że wprawdzie na ekranie pojawiają się już napisy końcowe, ale życie kochanków trwa i będzie trwać, że to koniec jakiegoś punktu w czasie, ale oni sami są wieczni.

Chyba nigdy nie pisałam emocjonalnie o żadnym filmie, ale też i żaden film nie był dla mnie tak osobisty jak "Only Lovers Left Alive". I tak bardzo zazdroszczę Eve, że ma może przez całą wieczność kochać Adama i wszystko, czym jest.

Obrazek
Piękno boli. Przez nich i ja zaraz będę emo :]
You're always so perceptive about everyone but yourself.
Awatar użytkownika
Luna
Lokalizacja: Elliðaey
Podziękował: 79 razy
Podziękowano: 54 razy
Płeć: Kobieta

Re: Ostatnio obejrzane filmy

Postautor: Luna » 26 września 2014, 17:35

Zastanawiam się, jak tu coś napisać i nie podpaść :D. Kilka miesięcy temu widziałam "Tylko kochankowie przeżyją" w kinie Muranów. Kocham nad życie filmy do chłonięcia, piękne, zmysłowe i powolne, jak czekolada oblewająca tort. To nie tak, że oderwałam się od Batmana i spotkało mnie rozczarowanie, bo nuda. Nic z tych rzeczy. Jednak ten film, choć w istocie wizualnie i aktorsko wymuskany, odebrałam, jak np. "Trainspotting" (przerost formy nad treścią), czy "Marię Antoninę" (słodka, rozkoszna wydmuszka). Troszkę to wszystko było dla mnie wydumane, ta cała sztuka, nauka... To wszystko piękne, natchnione, pobudzające, godne zazdrości. Mieć całą wieczność na czytanie książek, uczenie się i słuchanie muzyki - cudownie. Ale co poza tym? O ile Eve była kochana, zawierała przyjaźnie i faktycznie czerpała ze swego martwego życia garściami, o tyle Adam okazał się zblazowanym przymułem. Jego ból dupy, jak to nazywa znajomy Bast, naprawdę mnie nudził. Zrozumiałabym jego rozterki, gdyby był samotny, czy musiał żreć szczury i toczyć ciągłe, wewnętrzne boje, jak Louis, ale jego ból dupy był po prostu próżniactwem i roztkliwianiem się nad sobą. Przepiękna była miłość Adama i Eve, przepięknie, subtelnie ukazana i zagrana. Bohaterowie cudownie traktowali siebie nawzajem, ale to tylko potęgowało moją złość na Adama, który każdym gestem pokazywał Eve, jak bardzo ją kocha, szanuje i jak bardzo ma w dupie to, że jest sensem jej istnienia, nie dając nic od siebie. To oczywiście nie jest głównym powodem mojego niezadowolenia z filmu, bo wkurzająca kreacja absolutnie nie oznacza złej kreacji. Zabrakło mi tam jakiegoś głębszego problemu. Nie światowej wagi dramatu, rozdmuchującego fabułę, ale jakiejś intensywniejszej emocji. Była piękna miłość, ale bardzo wysubtelniona i niedoceniana. Starannie uczyniono z niej zwiewne, romantyczne tło, coby nie popaść w romansidło. Był problem wampirzego głodu, całkiem głupi i mało zajmujący, bo żeby w całej wieczności mieć aż dwóch wątpliwych dostawców krwi - bez sensu. I żeby przez ten bezsens doprowadzić się do takiego stanu, w którym pozostaje zeżreć dwoje ludzi... Ot i tyla. To nie tak, że film mi się nie podobał. Był całkiem niezłą ucztą dla oczu, ale do pełnej satysfakcji wiele mi w nim brakowało i na pewno nie oceniłabym go wyżej, niż mój ukochany "Blue Valentine", czy nawet "Nic osobistego" z kategorii powolnych, sączących się obrazów.

Jeśli zaś chodzi o problem skażonej krwi, to mnie się wydaje, że taką posiadał każdy śmiertelnik, który nie potrafił kochać, a tego nie można zbadać w laboratorium. Pod koniec filmu, wycieńczeni Eve i Adam omijali przecież jakichś ludzi, jednak dopiero, gdy zobaczyli zakochaną parę w objęciach, oczy otworzyły im się szeroko. O ile pamiętam, nie mieli wtedy żadnych rozterek, że mogą się czymś zarazić. 0Rh- mogło być uproszczeniem tematu, bo przecież wampiry potrzebowały jakiegoś bezpiecznego pożywienia, a tę grupę można przetoczyć każdemu.
Awatar użytkownika
Natta
Lokalizacja: Allenstein
Podziękował: 39 razy
Podziękowano: 35 razy
Płeć: Kobieta

Re: Ostatnio obejrzane filmy

Postautor: Natta » 26 września 2014, 17:54

Ja potraktowałam ten film po prostu jak ucztę dla uszu i oczu, nie skupiając się zbytnio na fabule. Chłonęłam po prostu piękny obraz i rewelacyjną muzykę, i może dlatego brak fabuły mi nie przeszkadzał.

Luna, przepiękna jest Twoja intepretacja problemu "skażonej krwi". To takie oczywiste, ale nikt wcześniej na to nie wpadł ;)
Awatar użytkownika
Bastet
Lokalizacja: Królewskie Miasto Kraków
Płeć: Kobieta

Re: Ostatnio obejrzane filmy

Postautor: Bastet » 26 września 2014, 18:42

Luna, ależ sobie nagrabiłaś, oj, oj...

:evil:

Ale poważnie.

Tak poważnie to masz rację. Film nie ma fabuły, Adam może wk*rwiać do potęgi i momentami nawet ja przyznawałam, że mimo setek lat na karku potrafią być durnowaci jak dzieci.

Myślę, że tutaj wszystko zasadza się w tym, jak się do tego filmu podchodzi.

Po pierwsze - to jest klasyczny Jarmusch i idąc na jego film albo się człowiek godzi na taki sposób przedstawiania świata, albo nie. Dokładnie te same zarzuty swego czasu padały pod adresem kultowego już "Dead Man" - tam z kolei historia o śmierci została opowiedziana w dokładnie ten sam sposób i do dziś połowa widowni leży przed tym filmem plackiem, a druga połowa nie zmęczy nawet pierwszych scen.

I myślę, że to nie jest wada - mieć tak wyrazisty styl narracji i, nie bójmy się tego słowa, tak bardzo wy*bane na fabułę, przy jednoczesnej obsesji na punkcie szczegółów, relacji i maksymalnego wyczerpania tematu.

Po drugie - i to też jest bardzo jarmuschowe - OLLA jest filmem, który jest skonstruowany do zakochania. Ciężko to opisać...o, wiem:

Ten film, te postacie, te plenery, ta muzyka - generalnie każdy aspekt przedstawionego świata - jest na swój sposób ułomny. Bo tak na logikę to Detroit jest cholernie obskurne, muzyka Adama brzmi jak marsz pogrzebowy, sam Adam wygląda, jakby z jakiegoś pogrzebu wrócił, Eve jest kompletnie niefrasobliwa, Tanger zatłoczony i pełen podejrzanych typków, mieszkania naszych bohaterów sprawiają wrażenie sklepów z antykami, w których wybuchła bomba...i tak można w nieskończoność.

Ale film jest o miłości, a miłość to coś, co każe nam akceptować obiekt uczuć nawet, jeśli rzeczony obiekt solidnie odbiega od ideału. To takie przewrotne, ale jednocześnie prawdziwe. I tak jak z miłością - albo się zakochasz, a poza racjonalnymi argumentami dlaczego kochasz jest jeszcze ten jeden, nieuchwytny pierwiastek, to coś, co każe kochać również wady...albo nie.

OLLA jest symfonią piękna, ale bardzo dyskusyjnego piękna. Bo przecież Jarmusch doszukuje się piękna w zrujnowanych fabrykach, w dysharmonii, w rozpadzie, w upadku. To Herbert pisał, że woń więdnięcia jest najpiękniejsza, a kształt ruin znieczula. Tyle, że nie dla każdego.

Ten film jest wielkim, niekończącym się poematem o miłości ponad wszystko - nie tylko Adama i Eve, ale miłości w ogóle. Bo według OLLA miłość jest jedyną rzeczą, która jest idealna. Jest siłą, która ocala. Ocala marudnego Adama (który, nota bene, naprawdę ma osobowość i umysłowość typowego poety romantyzmu). Ocala Eve, bo chce jej się żyć dla Adama. I w sumie ratuje ich oboje, kiedy umierają z głodu. Miłość jest idealna, kiedy oni sami nie są.

Ja ten film pokochałam od pierwszego kadru, od pierwszego dźwięku. Zakochałam się do spodu w Eve, zakochałam się do spodu w Adamie, w każdej minucie tego filmu. Zakochałam i stali się prawdziwi, jakbym patrzyła na kogoś bliskiego, jedynego na świecie. Pojawili się znikąd, zobaczyłam krótki wycinek z ich życia i odeszli do swojego świata.

Lubię myśleć o Adamie i Eve, że za kilkadziesiąt lat znowu się rozjadą, za sto spotkają. Że znowu stęsknieni zapadną w siebie i będą razem wędrować w ciemności - może po Paryżu? Może po Tokio? Może po Warszawie, bo czemu nie? I wtedy Eve powie: "Pamiętasz, jak prawie się przekręciliśmy, bo Ava znowu nabroiła a my zostaliśmy bez towaru?" a Adam tylko spojrzy na nią rozkochanym wzrokiem.

I tak to jest - albo się kocha, albo nie :D

Co nie zmienia faktu, że Luna masz przerąbane, strzeż się Idów Marcowych, Lasku Bulońskiego itd.
EDIT:

Luna pisze:I żeby przez ten bezsens doprowadzić się do takiego stanu, w którym pozostaje zeżreć dwoje ludzi... Ot i tyla.


Bo mię teraz natchło.

Mnie to zakończenie totalnie uwiodło :D Jarmusch nas nabrał, zrobił w bambuko i pokazał, że sztuka tak, nauka tak, natchnienie i te sprawy - tak, ale przede wszystkim jest natura. Natura w postaci szalejących grzybków, w postaci roślin, które biorą w posiadanie zdewastowane miasto i w postaci...drapieżników przecież. Adam i Eve, choć zachowują się jak ludzie, a wręcz są wszystkim, co w człowieczeństwie najwznioślejsze, tak naprawdę ludźmi nie są. Są drapieżnikami, czego nie zmieniło nawet najbardziej humanitarne obchodzenie się z jedzeniem (Adam miał przecież swoje zwierzątko, które polubił :P). Ich włosy to nie włosy, ale sierść*, ich zęby to kły, a nie równy zgryz przystosowany do uśmiechania się promiennie. Nasi kochankowie często chodzą nago, albo w jakichś niebywałych zestawach odzieżowych. Bo nie są ludźmi, nie potrzebują ubrań. Nawet poruszają się jak koty, kiedy trzeba, wykazując nadludzkim refleksem. A kiedy głód zajrzy w oczy...no cóż. Drapieżnik zabija, żeby przetrwać i nie zastanawia się, czy to aby etyczne. Zabija, bo taka jego natura.

I to było soooooo goooood...

*taka ciekawostka - peruki Adama, Eve i Avy były specjalnie splatane z ludzkich włosów i sierści himalajskich jaków. Tak sobie wymyślili, żeby uwypuklić, jak bardzo wampiry różnią się od ludzi, a także po to, żeby podkreślić ich na pół zwierzęcą naturę. Ubrania zresztą też projektowano tak, żeby leżały na nich jak druga skóra, jak futro. I faktycznie, Tom i Tilda (Mia trochę mniej) tak właśnie je noszą. Jak część siebie.

PS - Tak, kocham Adama, mimo że przydałby mu się czasem solidny kop w kształtną rzyć. Ale co zrobić, miłość.
You're always so perceptive about everyone but yourself.
Awatar użytkownika
Luna
Lokalizacja: Elliðaey
Podziękował: 79 razy
Podziękowano: 54 razy
Płeć: Kobieta

Re: Ostatnio obejrzane filmy

Postautor: Luna » 27 września 2014, 18:13

Natta pisze:Luna, przepiękna jest Twoja interpretacja problemu "skażonej krwi". To takie oczywiste, ale nikt wcześniej na to nie wpadł ;)

:)
Po prostu nie mogłam zrozumieć, dlaczego Eve i Adam postanowili zjeść taką ładną, kochającą się parę, choć sami zaznali pięknej miłości, a za rogiem stały jakieś mendy do ich dyspozycji i taka właśnie myśl mi przyszła do głowy ;).


Wiedziałam, że bezpieczniej będzie milczeć :D.

Bastet pisze:Myślę, że tutaj wszystko zasadza się w tym, jak się do tego filmu podchodzi.

Po pierwsze - to jest klasyczny Jarmusch i idąc na jego film albo się człowiek godzi na taki sposób przedstawiania świata, albo nie. Dokładnie te same zarzuty swego czasu padały pod adresem kultowego już "Dead Man" - tam z kolei historia o śmierci została opowiedziana w dokładnie ten sam sposób i do dziś połowa widowni leży przed tym filmem plackiem, a druga połowa nie zmęczy nawet pierwszych scen.

No właśnie taka to ciekawostka przyrodnicza, że ja przed "Dead manem" leżę plackiem. Działa na mnie, jak laudanum. Kocham ten film.

Bastet pisze:Ale film jest o miłości, a miłość to coś, co każe nam akceptować obiekt uczuć nawet, jeśli rzeczony obiekt solidnie odbiega od ideału. To takie przewrotne, ale jednocześnie prawdziwe. I tak jak z miłością - albo się zakochasz, a poza racjonalnymi argumentami dlaczego kochasz jest jeszcze ten jeden, nieuchwytny pierwiastek, to coś, co każe kochać również wady...albo nie.

No tak, ale miłość, jako uczucie przewodnie filmu nie gwarantuje jeszcze, że kochać się będzie sam film, tak jak dobry film o nienawiści nie wzbudza z automatu w widzu uczuć destrukcyjnych. Ja się w tym obrazie nie zakochałam. Piękne były poszczególne składniki i to doceniam, ale zabrakło mi tam jakiegoś spoiwa, jak rozpuszczalnika w perfumach. Po prostu tego nie poczułam.

Bastet pisze:Ocala marudnego Adama (który, nota bene, naprawdę ma osobowość i umysłowość typowego poety romantyzmu).

Dobrze, że się jednak nie wziął za strzelanie, jak Werter :D.

Bastet pisze:Ja ten film pokochałam od pierwszego kadru, od pierwszego dźwięku. Zakochałam się do spodu w Eve, zakochałam się do spodu w Adamie, w każdej minucie tego filmu. Zakochałam i stali się prawdziwi, jakbym patrzyła na kogoś bliskiego, jedynego na świecie. Pojawili się znikąd, zobaczyłam krótki wycinek z ich życia i odeszli do swojego świata.

Ja tak kocham bohaterów "Once", również do bólu prawdziwych, tak więc całkowicie rozumiem Twą miłość ;).

Bastet pisze:Lubię myśleć o Adamie i Eve, że za kilkadziesiąt lat znowu się rozjadą, za sto spotkają. Że znowu stęsknieni zapadną w siebie i będą razem wędrować w ciemności - może po Paryżu? Może po Tokio? Może po Warszawie, bo czemu nie? I wtedy Eve powie: "Pamiętasz, jak prawie się przekręciliśmy, bo Ava znowu nabroiła a my zostaliśmy bez towaru?" a Adam tylko spojrzy na nią rozkochanym wzrokiem.

Pięknie sobie myślisz, mnie również się to udzieliło ;).

Bastet pisze:Mnie to zakończenie totalnie uwiodło :D Jarmusch nas nabrał, zrobił w bambuko i pokazał, że sztuka tak, nauka tak, natchnienie i te sprawy - tak, ale przede wszystkim jest natura. Natura w postaci szalejących grzybków, w postaci roślin, które biorą w posiadanie zdewastowane miasto i w postaci...drapieżników przecież. Adam i Eve, choć zachowują się jak ludzie, a wręcz są wszystkim, co w człowieczeństwie najwznioślejsze, tak naprawdę ludźmi nie są. Są drapieżnikami, czego nie zmieniło nawet najbardziej humanitarne obchodzenie się z jedzeniem (Adam miał przecież swoje zwierzątko, które polubił :P). Ich włosy to nie włosy, ale sierść*, ich zęby to kły, a nie równy zgryz przystosowany do uśmiechania się promiennie. Nasi kochankowie często chodzą nago, albo w jakichś niebywałych zestawach odzieżowych. Bo nie są ludźmi, nie potrzebują ubrań. Nawet poruszają się jak koty, kiedy trzeba, wykazując nadludzkim refleksem. A kiedy głód zajrzy w oczy...no cóż. Drapieżnik zabija, żeby przetrwać i nie zastanawia się, czy to aby etyczne. Zabija, bo taka jego natura.

I to było soooooo goooood...

Ja również nigdzie nie napisałam, że zakończenie mi się nie podobało ;). Było świetne. Tekst: "To takie piętnastowieczne..." - rewelacyjny. Instynkt, to instynkt. Kiedy się obudził, Adam i Eve niewiele mogli zrobić. Głupie było to, że dopuścili do takiej sytuacji. Prawie padli z głodu, bo stracili dwóch dostawców. Zjedli dwoje ludzi, może zakochanych, jak oni sami, bo nie ruszyli mózgownicami, choć wieki spędzili z nosami w książkach i to śmiertelników nazywali zombiakami.
Awatar użytkownika
Bastet
Lokalizacja: Królewskie Miasto Kraków
Płeć: Kobieta

Re: Ostatnio obejrzane filmy

Postautor: Bastet » 28 września 2014, 00:25

Luna pisze:]No tak, ale miłość, jako uczucie przewodnie filmu nie gwarantuje jeszcze, że kochać się będzie sam film, tak jak dobry film o nienawiści nie wzbudza z automatu w widzu uczuć destrukcyjnych. Ja się w tym obrazie nie zakochałam.

W sumie racja, źle to ujęłam. Chodziło mi bardziej o to, że to film o uczuciu, który odbiera się jak uczucie - bardziej zmysłowo, a mniej intelektualnie. Choć w sumie intelektualnie też fajnie, bo tam jest tyle smaczków nawtykanych, że jest przy tym kupa zabawy.

Luna pisze:Głupie było to, że dopuścili do takiej sytuacji. Prawie padli z głodu, bo stracili dwóch dostawców.

Nie ma nic na ich obronę. Moje najdroższe kreatury popełniły w tym filmie dwa tak skandaliczne głupstwa, że nawet ja, zakochana w nich jak nie wiem co, miałam ochotę ich porządnie sprać. Linijką po łapach.

Po pierwsze - nie zabranie ze sobą butelek z krwią - a przecież kurna mogli! Mogli sobie to w coś przelać nie wiem, w plastik. Pewnie, krew się szybko psuje i przechowywali ją w specjalnych pojemnikach, ale lot z Detroit do Tangeru, z przesiadką w Paryżu trochę trwa. Zwłaszcza, że tylko nocą, więc lecieli minimum dwie doby. Te 200 ml mogli zabrać, do k...macierzy. Wówczas Adam, który zdecydowanie gorzej znosił głodówkę, nie musiałby się słaniać na nogach.

Fakt, że w Tangerze Eve miała tylko jednego dostawcę mnie tak bardzo nie ruszał. Na zatrucie nic nie mogli poradzić, a gdyby kranik został zlikwidowany to przecież robili zapasy i szybko znaleźliby inne źródło. Zwłaszcza, że Marlow miał swoją wersję Iana. Ale w sytuacji kiedy NIE ZABRALI ZE SOBĄ TEJ CHOLERNEJ KRWI to się pokomplikowało.

Swoją drogą - czemu nie zabrali? Książki wzięła a picia nie? Zwłaszcza, że do tej walizki swobodnie wszedłby jeden termos z krwią. Rozumiem nawet, że Adam o tym nie pomyślał - nie sprawia wrażenia kogoś, kto się nalatał samolotami. Mógł takich rzeczy nie wiedzieć. Ale Eve? Ta starsza, mądrzejsza, ogarnięta? Łaaaaaaaaj? Oj, wy durni wy. Tak durnowaci jak piękni.

Po drugie - Ian. Mój kochany, dobry, słodki Ian. Jak to ujęła Eve "good fellow". Jak mogliście pozwolić, żeby Ava go zżarła. Przecież nikt tak dobrze jak Adam nie wiedział, że z Avą będą kłopoty. To było oczywiste. Adam wiedział. Wiedział! I co? I zostawił biednego Iana z wampirzyca o samokontroli kota na metamfetaminie. On dopije piwo i zaraz sobie pójdzie. JASNE! W tej chwili poleci. Zwłaszcza, że chłopak ma dwadzieścia parę lat i właśnie dobiera się do niego super atrakcyjna laska. Adamie, ty moje piękne bóstwo, czyżby wampiryzm tak ci wyżarł hormony z krwi (a wiemy, że nie, bo jego związek z Eve jest bardzo erotyczny), albo już zapomniałeś, jak na młodych chłopców działają piękne kobiety (i tu też wiemy, że nie, bo lubisz dziewczyny, oj, lubisz)?

Na miejscu Adama wykonałabym procedurę Ian-kołnierz-za drzwi-do samochodu-do Kanady (a przynajmniej do Nebraski)-wróć za miesiąc. A Avę od razu do piwnicy, zastawiając drzwi kamieniem. Biorąc pod uwagę, jakim składowiskiem był dom Adama to kamień pewnie też by się znalazł.

To, że oboje zeżarli jakąś parkę mnie w ogóle nie rusza, wręcz cieszy. Ale to, że tak głupio nie dopilnowali Iana to już jest skandal.

"You drank Ian!". Yes, she did. Ale to twoja wina, śliczny matole.

Luna pisze:]Ja również nigdzie nie napisałam, że zakończenie mi się nie podobało ;). Było świetne. [...]Instynkt, to instynkt. Kiedy się obudził, Adam i Eve niewiele mogli zrobić.

Wiem, ale musiałam się tym podzielić, bo mnie natchło :D

W ogóle cholernie mi się podobały wszystkie sceny nawiązujące do zwierzęcej natury wampirów. Jest taki piękny moment, kiedy Adam wychodzi ze szpitala i mija salę, w której lekarz opatruje kobiecie zranioną nogę. Dużo krwi, wiadomo. W dodatku wszystko wokół jest jasne i sterylne, więc ta krew jest bardzo jaskrawa. Adam się zatrzymuje i patrzy. Cały ekran wypełnia tylko jego twarz, a właściwie jego oczy (bo przecież włosy ma ukryte pod czepkiem, a twarz pod maską chirurga). I te oczy w ogóle nie są ludzkie. Są nieprawdopodobnie piękne, błyszczące, ale nie są ludzkie. W dodatku z sekundy na sekundę ich wyraz się zmienia, coraz mniej w nich spokoju a coraz więcej głodu, coraz więcej pożądania. Na ekranie kinowym ta scena wyglądała tak nieziemsko, że słyszałam westchnienia ludzi dookoła.

Tu idą moje najszczersze wyrazy namiętnego uwielbienia do Toma, bo to trzeba mieć naprawdę wielki talent, żeby tak zagrać wyłącznie oczami. Tym bardziej się cieszę, że ostatecznie Fassbender nie zagrał w tym filmie, bo choć jest świetnym aktorem, to jednak do Hiddlestona trochę mu brakuje.

Luna pisze:Tekst: "To takie piętnastowieczne..." - rewelacyjny.

Tak!

W ogóle kocham ten film za to, że nie traktuje siebie śmiertelnie poważnie. Jak słyszysz opis "historia miłości przedwiecznych wampirów-estetów" to myślisz, że to będzie coś epickiego, dramatycznego, śmiertelnie poważnego - jak "Dracula" Coppoli na przykład. A tu niemal na dzień dobry dostajesz w dziób tekstem "Please, feel free to piss in the garden", wypowiedziane przez prześlicznego, wampira o stylówce Syda Baretta i manierach Oscara Wilda. W dodatku wampira obrażonego na cały świat z przyległościami.

Albo jak inny wampir, nie tylko nie obrażony na cały świat, ale w tym świecie zakochany (i też prześliczny) leci w podskokach, by wpaść w ramiona ukochanego i nagle "Oooo, skunksik".

I to się dzieje cały czas! Uważam, że ten humor - nie nachalny, ale wszechobecny - i dystans do siebie są jednym z największych atutów OLLA.

BTW - Luna, może zrobimy osobny temat o OLLA? Bo nam się zrobiła z tego cała, ciekawa dyskusja. I w cholerę spoilerów.
You're always so perceptive about everyone but yourself.
Awatar użytkownika
Vinlett
Lokalizacja: Układ Tatooine
Podziękował: 56 razy
Podziękowano: 81 razy
Płeć: Kobieta

Re: Ostatnio obejrzane filmy

Postautor: Vinlett » 28 września 2014, 12:38

Luna pisze:Głupie było to, że dopuścili do takiej sytuacji. Prawie padli z głodu, bo stracili dwóch dostawców.
To już była tylko konsekwencja ich ogólnie radosnego podejścia do tematu pożywienia. Aaaa, jakoś to bęęędzie :D. Nie musimy znać się na medycynie, musimy na transformatorze Tesli :D. Nie możemy tracić czasu na zbudowanie cholernie-sprawnej-fabryki-krwi, musimy w tym czasie komponować :D.

Bastet pisze:Po drugie - Ian. Mój kochany, dobry, słodki Ian. Jak to ujęła Eve "good fellow". Jak mogliście pozwolić, żeby Ava go zżarła.
Zgadzam się, to było niewybaczalne.

Bastet pisze:Tym bardziej się cieszę, że ostatecznie Fassbender nie zagrał w tym filmie, bo choć jest świetnym aktorem, to jednak do Hiddlestona trochę mu brakuje.
Kwestia gustu, u mnie akurat jest na odwrót ;).

Bastet pisze:BTW - Luna, może zrobimy osobny temat o OLLA? Bo nam się zrobiła z tego cała, ciekawa dyskusja.
Można by już książkę wydać, gdyby tylko pozbierać wszystkie posty do kupy :D.
I am the FBI.
Awatar użytkownika
Bastet
Lokalizacja: Królewskie Miasto Kraków
Płeć: Kobieta

Re: Jim Jarmusch

Postautor: Bastet » 28 września 2014, 20:44

Vinlett pisze:Kwestia gustu, u mnie akurat jest na odwrót ;).

Bardzo lubię Fassbendera i ostatnio się zastanawiałam, jakim cudem Magneto w jego wykonaniu nie ma swojego fandomu, natomiast za Lokim w wykonaniu Hiddlestona dostało, pardon my french, regularnego pierdolca pół świata. Obu płci, co istotne. To porównywanie ich zrobiło się z resztą bardzo modne, a Tom ze śmiechem kiedyś przyznał, że był czas, kiedy wszystkie scenariusze jakie dostawał były z odciskami palców Fassbendera.

Tak mi to teraz przyszło do głowy w odniesieniu do OLLA i chyba zrozumiałam, o co tu chodzi. Otóż Fassbender, aktor przecież znakomity, wspaniale wciela się w role, które dostaje. W efekcie widz może się tylko zachwycać, jak cudownie ta rola jest zagrana. A Hiddels idzie o krok dalej i nie tylko doskonale gra to, co mu dają, ale jeszcze każdej swojej postaci robi wielotygodniową psychoanalizę i dodaje mnóstwo swoich własnych elementów, przemyśleń, cech. Do tego dochodzi jego ogromny, wrodzony wdzięk, który udziela się każdemu bohaterowi i voila - to cała zagadka.

Vinlett pisze:To już była tylko konsekwencja ich ogólnie radosnego podejścia do tematu pożywienia. Aaaa, jakoś to bęęędzie :D. Nie musimy znać się na medycynie, musimy na transformatorze Tesli :D. Nie możemy tracić czasu na zbudowanie cholernie-sprawnej-fabryki-krwi, musimy w tym czasie komponować :D.

To też by mnie denerwowało gdyby nie fakt, że poznałam w życiu tak wielu artystów, w tym cały pułk muzyków. Dzięki tej wiedzy mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że porównaniu do masy ludzi sztuki, których znam, Adam i Eve są po prostu wzorem ogarniętości i przytomności umysłu :D
Vinlett pisze:Nie musimy znać się na medycynie, musimy na transformatorze Tesli :D


Akurat ten transformator i inne wynalazki Adama są przejawem jego zdumiewającej (zdumiewającej w kontekście innych jego działań) zapobiegliwości i praktyczności. W końcu mieszka w zapomnianej przez boga dzielnicy Detroit. Pewnie w jednej z tych, w których po ostatnim kryzysie nie została żywa dusza, bo mieszkańcy-bankruci opuścili swoje domy. Trudno się spodziewać w takim miejscu regularnych dostaw prądu, o ile w ogóle jest tam prąd. Chyba nie ma, biorąc pod uwagę jak tam jest zawsze strasznie ciemno. Więc zmontował sobie takie cóś. W dodatku żadne władze nie będą go niepokoić o np. rachunki za prąd. W przypadku wampira jest dość istotną sprawą, żeby nikt mu nie zawracał tyłka.

Albo ten jego Jaguar XJ-S (z 1982 roku, co za hipster) nie działa na benzynę, tylko na jakieś adamowe, naukowe mambo-jambo - co pewnie też nieźle ułatwia życie.

Ja bym się tej kwestii szpitala tak nie czepiała. To jasno powiedziane, że krew może być zakażona, ale jak się jest ostrożnym (choć nie wyjaśniono, co to znaczy w tym kontekście) to nic się nie stanie. Kiedy Eve rozmawia z Avą o jej diecie to z troską dopytuje "a jak jedzenie? Jesteś ostrożna?" a Ava znudzona odpowiada "no tak, no tak, uważam". Czyli jakoś to można ominąć, jak się wie jak. Czyżby coś w rodzaju bezpiecznego seksu wśród, hehehe, zombie? :D Zwłaszcza, że Ava jest jak najdalsza od wampirycznej wersji wegetarianizmu, a wygląda wręcz kwitnąco.

Czyli de facto ten szpital to taka fanaberia, żeby nie zabijać ludzi, uzyskując jednocześnie tę jakże cenną "tajp-o-negatiwo" (padłam, jak to usłyszałam), a nie jakaś wielka konieczność. Zwłaszcza że, jak zauważyła Luna, jak tylko zobaczyli całującą się parkę to natychmiast im te hipsterskie farmazony przeszły, jak ręką odjął :D

A tak btw to przez oba seanse się zastanawiałam, czy oni uprawiają seks. Znaczy Adam i Eve, oczywiście.
Bardzo mi się podobało to, że ich związek został pokazany jako pełen pasji i wyrafinowanego erotyzmu, ale jednocześnie pokazano bardzo dyskretnie. Scena powitania i scena zdejmowania rękawiczek to jedne z najseksowniejszych rzeczy, jakie widziałam w kinie. Natomiast za drzwiami sypialni widzimy tylko ich bliskość i czułość, ale niczego więcej Jarmusch nie pokazuje.
Co jest super fajne, ale jednocześnie drażniące :p
You're always so perceptive about everyone but yourself.

Wróć do „Kinomania”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość