Koncerty i festiwale muzyczne - relacje

O muzyce ogólnie
Awatar użytkownika
ecia
Lokalizacja: Hajduki
Podziękował: 16 razy
Podziękowano: 7 razy
Płeć: Kobieta

Re: Koncerty i festiwale muzyczne - relacje.

Postautor: ecia » 19 sierpnia 2013, 22:07

Jednak coś skrobnęłam o Systemie już dziś. Nie skupiałam się na secie, ale jak ktoś zainteresowany, to pewnie już czytał kilka recenzji, więc tak raczej okołokoncertowo.

Też byłam w Łodzi i szczerze mówiąc mam trochę mieszane uczucia. Zespół zagrał dobrze, publika była fenomenalna-stałam za połową sali, a nie było obok mnie chyba jednej osoby, która nie skakałaby/tańczyła, wszyscy śpiewali, piszczeli, no i to pogo. Fajna klima była - w Spodku po 2 utworach część ludzi by padła, a tu miły nawiew nawet pod koniec :) Setlista bardzo apetyczna - wszystkie największe hiciory były(choć nie obraziłabym się jakby zagrali atwe), brak bisu jest wybaczalny. Grali niby tylko 1,5h, ale te 25utworów było(nie liczyłam dokładnie, ale wg setlist.fm było). Kontakt z publiką...no cóż chyba nie jestem przyzwyczajona do tego, że przez cały koncert jedyne słowa jakie zespół kieruje do publiki to "Poland you are beautiful", które padło chyba 2razy. Pewnie wychodzą z założenia, że są na tyle znani, że nie muszą się przedstawiać z nazwisk, ale jak wychodzisz, to byś się kurna pożegnał porządnie ;] Brak efektów mi nie przeszkadzał, bo na koncerty chodzę dla muzyki i jakieś ognie mnie niewiele obchodzą...zresztą i tak niewiele z tego bym zobaczyła ;]

To do czego chcę się przyczepić to organizacja tego wydarzenia. Kupiłam bilet na płytę pod koniec lutego, nie była to prosta sprawa przez te ich podchody z wrzucaniem jakichś pul biletów - co za kombinacje! Takie działanie wg nich miało ograniczyć szarą strefę, a moim zdaniem tylko nakręciło to ludzi - bilety wciąż niedostępne i brak jakiejkolwiek informacji na ten temat od organizatora, podczas gdy ludzie wzajemnie się nakręcają, że bilety już wyprzedane. Prowadziło to do takich sytuacji, że ludzie kupowali bilety i po 400zeta. Była pod halą dziewczyna, która kupiła na allegro dwa bilety na GC - każdy po 450 zł! i przy wejściu okazało się, że bilety są anulowane przez organizatora! Słowem dziewczyna miała 900zeta w dupę. Podobno organizatorzy anulowali bilety, które znajdowali na aukcjach internetowych(jeśli było zdjęcie biletu z widocznym kodem kreskowym).
Kolejna sprawa to podział na GC i płytę w stosunku 1:1 - słyszałam od ludzi, którzy wracali z nami później do Katowic, że na GC były luzy - my na płycie cisnęliśmy się jak sardynki w puszce.
Wydaje mi się też, że scena była bardzo niska, bo mimo wzrostu ponad 1,70m musiałam podskoczyć żeby zobaczyć co się tam dzieje - w takim przypadku mogli już jakiś telebimek zamontować, albo chociaż uruchomić ten pod sufitem.
Powiedzieć wszystko?
Nie to niemożliwe.
Zawsze zostaje to co najważniejsze
i co się nie da okpić powiedzeniem.
Awatar użytkownika
Luna
Lokalizacja: Elliðaey
Podziękował: 54 razy
Podziękowano: 42 razy
Płeć: Kobieta

Re: Koncerty i festiwale muzyczne - relacje.

Postautor: Luna » 20 sierpnia 2013, 04:39

ecia pisze:Kontakt z publiką...no cóż chyba nie jestem przyzwyczajona do tego, że przez cały koncert jedyne słowa jakie zespół kieruje do publiki to "Poland you are beautiful", które padło chyba 2razy. Pewnie wychodzą z założenia, że są na tyle znani, że nie muszą się przedstawiać z nazwisk, ale jak wychodzisz, to byś się kurna pożegnał porządnie ;]

Hehe, coś takiego robili (i pewnie nadal robią) Cradle of Filth i swego czasu byłam na nich wielce obrażona, ale podejrzewam, że w wykonaniu SOAD nie było toto tak aroganckie, jak u Brytoli ;). Przynajmniej mówili: "Poland, you are beautiful" :D.

ecia pisze:Takie działanie wg nich miało ograniczyć szarą strefę, a moim zdaniem tylko nakręciło to ludzi - bilety wciąż niedostępne i brak jakiejkolwiek informacji na ten temat od organizatora, podczas gdy ludzie wzajemnie się nakręcają, że bilety już wyprzedane.

A, no to fajnie. Zamierzałyśmy z koleżanką iść na ten koncert, ale nie było już biletów i podejrzewam, że własnie nacięłyśmy się na ten cudowny, organizacyjny zabieg. Nie zależało nam jakoś szczególnie, chciałyśmy się przejechać dla rozrywki (dlatego też nie szukałyśmy już biletów), bo to pod tym kątem dość uniwersalny zespół i obie lubimy się pobawić przy takich dźwiękach, ale podejrzewam, że zagorzali fani musieli się nieźle wkurzyć ;).
Awatar użytkownika
Natta
Lokalizacja: Allenstein
Podziękował: 30 razy
Podziękowano: 22 razy
Płeć: Kobieta

Re: Koncerty i festiwale muzyczne - relacje.

Postautor: Natta » 24 września 2013, 12:37

Wczoraj przeszliśmy się na koncert grupy Servants of Silence, którą wspierała morąska formacja MOAFT. Wieczór był bardzo miły, mimo niesprzyjającego dnia (poniedziałek) pojawiło się jednak kilka osób. MOAFT zaskoczył bardzo ciekawym ustawieniem perkusji - była ulokowana w centralnej części sceny, a perkusista siedział tyłem do publiki. Wypadło bardzo efektownie, można było podziwiać jego wysoki poziom umiejętności. Perkusja jest filarem takiego grania i fajnie, że w końcu komuś przyszło do głowy ją tak wyeksponować. Zespół spod znaku niedźwiedzia zagrał kolejny dobry koncert, w którym ostre łojenie i połamane rytmy świetnie współgrały z samplami. Świetnie brzmiące klawisze, smyki czy ludowe zaśpiewy bardzo ciekawie ubarwiały całość i dodawały kompozycjom klasy i smaczku.

Puławski Servants of Silence wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Zespół przyjechał promować pierwszego długograja "Two Billion Seconds" i już po pierwszym utworze wiedziałam, że zaopatrzymy się w ten krążek. W postrocku ciężko się czymś wyróżnić, w mojej opinii większość zespołów z tego nurtu zalatuje nudą i powtarzalnością. Tutaj udało się tego uniknąć. Co prawda Ameryki zespół nie odkrył, ale zróżnicowane kompozycje, dynamika i ciekawe zagrywki w połączeniu z wielkim zaangażowaniem dały w efekcie niesamowity, angażujący słuchacza klimat. Panowie z Servants of Silence są przesympatycznymi i bardzo skromnymi młodymi ludźmi. Trzymam kciuki za ich dalszą karierę i życzę im sukcesu na szerszą skalę, bo zasługują ;)
Awatar użytkownika
Macbeth
Płeć: Mężczyzna

Re: Koncerty i festiwale muzyczne - relacje.

Postautor: Macbeth » 24 września 2013, 21:46

Kupiłaś płytkę? Na odwrocie powinien znajdować się znaczek ArtRocka :)
Awatar użytkownika
Natta
Lokalizacja: Allenstein
Podziękował: 30 razy
Podziękowano: 22 razy
Płeć: Kobieta

Re: Koncerty i festiwale muzyczne - relacje.

Postautor: Natta » 24 września 2013, 22:29

Jest znaczek Artrocka i parę innych patronatów. A sam krążek jest bardzo ładnie wydany, motyw przewodni to rozgwieżdżone niebo i jakiś samotny, pustynny pejzaż.
Awatar użytkownika
Macbeth
Płeć: Mężczyzna

Re: Koncerty i festiwale muzyczne - relacje.

Postautor: Macbeth » 25 września 2013, 21:55

Niestety nie posiadam już swojego egzemplarza :(
Awatar użytkownika
ecia
Lokalizacja: Hajduki
Podziękował: 16 razy
Podziękowano: 7 razy
Płeć: Kobieta

Re: Koncerty i festiwale muzyczne - relacje.

Postautor: ecia » 01 marca 2014, 19:14

Byłam wczoraj na koncercie The Sky Is. Napisałabym jakąś dłuższą relację, ale trochę ostatnio kuleję z czasem przez robote. Także tylko kilka słów. O koncercie dowiedziałam się zupełnym przypadkiem szukając czegoś zupełnie innego na stronie Tarnogórskiego CK. I tak wybierałam się wczoraj do Tarnowskich Gór, więc stwierdziłam, że możnaby się wybrać, poza tym chyba od sierpnia nie byłam na żadnym koncercie (nie liczę comy na WOŚP, bo to była jakaś totalna porażka), poza tym były ostatki czy coś takiego.

Sala malutka, do tego miejsca siedzące, fotele chyba z jakiegoś starego teatru, bardzo ciasno poustawiane. Ludzi była dosłownie garstka, tak góra 30. Pierwszy grał zespół ode mnie, z Chorzowa, o dziwnej nazwie - From Love to Reflux. Jak dla mnie nic ciekawego, pani wokalistka wypadła słabo, reszta zespołu zresztą też nie błyszczała, nie wiem czy mieli słabszy dzień czy zawsze tak mają. Na szczęście długo nie męczyli.

Z twórczością The Sky Is chyba się kiedyś spotkałam, ale bardziej kojarzyłam nazwę zespołu niż jakiekolwiek dźwięki. Kapela gra taki typowy post, wpadło mi to bardzo w ucho. Panowie wiedzą co robią. Basista zdecydowanie czuje blusa...znaczy się post rocka ;) Moim zdaniem bardzo udany występ, choć niestety krótki, bo grali około godziny.
Powiedzieć wszystko?
Nie to niemożliwe.
Zawsze zostaje to co najważniejsze
i co się nie da okpić powiedzeniem.
Awatar użytkownika
Luna
Lokalizacja: Elliðaey
Podziękował: 54 razy
Podziękowano: 42 razy
Płeć: Kobieta

Re: Koncerty i festiwale muzyczne - relacje

Postautor: Luna » 26 lutego 2015, 09:23

Ed Sheeran (Torwar, Warszawa) - 13.02.15 r.

Pierwszy koncert Eda Sheerana w Polsce. Podobno bilety zostały wyprzedane we wrześniu, w ciągu godziny po uruchomieniu sprzedaży. Potem była jakaś dodatkowa pula, która również rozpłynęła się w kilka sekund. We wrześniu znałam trzy piosenki Eda, na początku lutego zaczęłam myśleć o jego koncercie, a tydzień później wpadłam w rozpacz, bo już wiedziałam, że go nie zobaczę :D. I stał się cud. Zadzwoniłam do Stodoły, która organizowała imprezę i usłyszałam, że owszem, mają bilety na sektory drugiej kategorii i golden circle. Trybun nie chciałam, a od golden circle (wydzielona część płyty pod samą sceną) wolałabym płytę ze względów finansowych, ale ostatecznie wybrałam tę drugą opcję, bo uznałam, że przez całe wieki nie fundowałam sobie żadnej rozrywki. Ręka mi się trzęsła przy płaceniu, ale wróciłam do domu z biletem w garści i szerokim uśmiechem na paszczy. Kończę ten nudny wstęp. Piszę o tym, ponieważ byłam w szoku - w internetach szaleństwo, ludzie kupowali bilety od parszywych koników po 500-1000 zł. [sic!], a wystarczyło zadzwonić i zapytać :D.

Ludzie wpuszczani byli na Torwar od godziny 18, natomiast support miał zagrać o 19:30, więc cóż obmyśliła sobie mądra Luna? :D Eee... co z tego, że to hala mieszcząca ok. 8 tysięcy osób. Przecież te wszystkie małolaty koczują na Łazienkowskiej od rana, więc wepchną się o 18 do środka, a ja spokojnie podjadę sobie po 19 i wejdę. Kiedy podążałam wzdłuż kolejki, szukając jej końca, przyłączyło się do mnie kilka osób i co chwilę wzajemnie parskaliśmy do siebie śmiechem. Zaczęłam się już martwić, czy to faktycznie kolejka na koncert, bo droga była długa i znojna. Wiodła przez dziwne zakamarki, parkingi, ludzie przesuwali się między samochodami i krzakami. Ostatecznie okazało się, że kolejka jest wstęgą okalającą Torwar. Na szczęście poruszała się bardzo sprawnie i na support spóźniłam się jakieś 10 minut. Niby niewielka strata, ale jednak po chwili żałowałam.

Przystawką do gwiazdy wieczoru był Ryan Keen. Stał przy mikrofonie z gitarą, a obok miał kolegę z kilkoma talerzami i bębenkiem do pomocy. Jedyną dekoracją sceny było ogromne, białe logo na telebimie - imię i nazwisko muzyka napisane ładną, delikatną czcionką. Angol (a jakże) ma na swoim koncie debiutancki album Room for Light i gra niezwykle przyjemną muzyczkę w stylu Sheerana, jednak po chwili zobaczyłam, co on wyprawia i szczena huknęła mi na podłogę. Gitara w jego rękach okazała się zupełnie nowym instrumentem. Jego gra przypomniała mi o istnieniu Miyaviego. Zobaczcie sami: KLIK. Nie można było oderwać od niego oczu. Chłopak rozkręcił świetną imprezę. W dodatku był niesamowicie poczciwy, skromny i ucieszony tym, że może występować przed wielką publicznością, więc było mi naprawdę szkoda, kiedy schodził ze sceny.

Przyszedł czas na Eda Sheerana. Może na początku wspomnę, że byłam nieco przerażona tym koncertem. Często w necie natykałam się na filmiki, w których Ed śpiewał jakąś spokojną, ważną dla niego piosenkę, prosił o ciszę, a odpowiedzią były tylko dzikie piski. Bałam się, że poszłam na koncert Backstreet Boys i zamiast zabawy będę miała dwie godziny wrzasków. Jakże się myliłam... Po pierwsze, gorąco Wam polecam koncerty w towarzystwie nastoletnich dziewczynek. Średnia wieku publiczności, to jakieś 18 lat i nigdy nie bawiłam się w tak komfortowych warunkach. Pełna kulturka, spokój, ani razu nie zostałam popchnięta, potrącona, nawet nikt mi nie nadepnął na buta. Przy wejściu na Torwar, przy przepełnionych szatniach, nawet przy masowym wychodzeniu z hali - wszędzie spokojne, cierpliwe kolejeczki i wspólne śpiewanie. Po drugie, interakcje z Edem były fantastyczne. Ludzie po prostu jedli mu z ręki. Ale o tym później.
Ed wpadł na scenę i bez słowa ruszył z utworem "I'm a mess". Zielona koszulka pięknie komponowała się z jego rudą czupryną, a za jego plecami rozbłysło sześć telebimów z cudownej jakości obrazem, na których wyświetlano piękne, kolorowe wizualizacje i czasem przewijał się sam Ed. Już od pierwszego utworu ludzie śpiewali, jednak dopiero po tym, jak Ed powiedział, że ma na imię Ed :D, w Polsce jest pierwszy raz w życiu i poprosił, żeby zaśpiewać razem z nim, polska publiczność pokazała, na co ją stać :). Usłyszeliśmy pierwsze dźwięki "Lego house", a na telebimach pojawiły się urocze animacje z ludkami lego i klockami w roli głównej. W odpowiednich momentach gromkim chórem śpiewaliśmy zarządzone przez Eda: "Ooo! Ooo!" i tak pięknie miało być już do końca wieczoru. Sheeran nie mówi na koncertach zbyt wiele. Jeśli już zabiera głos, to na ogół są to jakieś ciekawe historyjki, okoliczności powstania piosenki. Nie wdzięczy się, nie słodzi, nie powtarza w kółko, jaka cudowna jest publiczność. Jest jednak niesamowicie muzykalny, stawia na duże stężenie muzyki w muzyce, łączy utwory, żeby zaprezentować ich więcej i również za pomocą muzyki nawiązuje niesamowitą więź z publicznością. Pierwszym, efektownym mashupem było "Don't" i "Nina", podczas których Ed pokazał, jak sprawnie i melodyjnie potrafi nawijać. Lepiej od niejednego, odnoszącego sukcesy rapera. Potem usłyszeliśmy porywające "Drunk", kolejny miks "Take it back" z karkołomną nawijką i "Superstition", coveru Steviego Wondera, i kolejny - "One" z moim kochanym "Photograph". Tutaj pierwszy raz (nie licząc pięknego, głośnego śpiewu na każdym utworze) byłam dumna z nas, publiczności. Ed zapowiedział "One", jako spokojną piosenkę i poprosił o ciszę. Po pierwszych dźwiękach gitary oczywiście rozległ się pisk, jednak w tym samym momencie przez tłum przeszła fala jadowitego: "Szszszszszszsz..." i zrobiło się cicho, jak makiem zasiał :D. Pod koniec "Photograph" Ed dał czadu z looperem i było szaleństwo. Na "Bloodstream" standardowo, na życzenie Sheerana, podczas mruczanego refrenu kiwaliśmy rękami, jak na rapowym koncercie i wyglądało to super. Jak scena wyjęta z "8. mili" :D. Przed "Kiss me", utworem, który Ed stworzył dla swoich rodziców chrzestnych, usłyszałam pierwszy, desperacki wrzask: "I love youuuuuu!!!", jednak jakiś mężczyzna z drugiego końca hali odpowiedział na to: "I love you toooooo!!!" i skończyło się na śmiechu. "Kiss me" okazało się pięknie wymieszane z "Tenerife Sea". I kolejny cover Steviego Wondera, "I was made to love her". Sheeran niedawno zagrał koncert z Beyonce w hołdzie Wonderowi, stąd taki repertuar. Potem usłyszeliśmy początek elvisowego "Can't help falling in love", które przerodziło się w znane większości (za sprawą pięknego teledysku) "Thinking out loud". "The A Team" Ed zapowiedział, jako piosenkę, która nie ma nic wspólnego z miłością. Nad publicznością pojawił się gąszcz zielonych i pomarańczowych serduszek (kolory okładek płyt Sheerana), z iksami, czy napisami w stylu: "Will you be my valentine?". To była akcja polskiego fanklubu Eda, jednak najfajniejsze były kartki z wydrukowaną nagrodą Grammy i jakimś napisem (pewnie Grammy dla Eda, czy coś w tym stylu). Rozdanie tych nagród odbyło się kilka dni przed koncertem w Polsce i Ed niestety nie otrzymał swojej, dlatego był gestem Polaków poruszony. Rozradowany sięgnął po jedną z kartek i powiedział, że ją sobie zatrzyma. Tak więc fani osiągnęli swój cel i być może Ed zapamięta Polskę na dłużej (czytałam, że przed koncertem spotkał się też z przedstawicielkami fanklubu i dostał album z pracami polskich fanów). Było pięknie, musicie to zobaczyć, szczególnie 4:30! Sheeran kazał włączyć światełka i odniosłam wrażenie, że nawet troszkę się wzruszył :kocham:. Tutaj świetnie widać, jak to wszystko prezentowało się z jego perspektywy. Niestety po tym punkcie kulminacyjnym czas zaczął płynąć szybciej. Ed rozradowany, my jeszcze bardziej. Czekał nas jednak jeszcze jeden, piękny moment. Mianowicie "Give me love". To tutaj kolejny raz dała popis tresowana publiczność :D. Jest taki moment na początku, kiedy słychać pisk, Ed opuszcza dłoń i jakby przykręcił volume, zrobiło się cicho - aż sam się z tego uśmiał :D. Przepiękne wykonanie, piękna interakcja z publicznością. To nasze cichutkie śpiewanie brzmiało cudnie, a później te chóry (4:55), które wyszły same z siebie... Ach, no i jeszcze podzielenie publiczności na pół... jedna strona śpiewała wyżej, druga niżej i wyszedł nam gospel :D. To jest kwintesencja tego, co prezentuje Sheeran. Kiedy Edzio wrócił po krótkiej przerwie, zrobił piękny, looperowy wstęp do radośnie przyjętego i odśpiewanego "I see fire", potem zrobił kocioł wymiatając na gitarze i nawijając "You need me, I don't need you", które pomieszał z coverem Iggy Azalea "Fancy". Jako ostatni utwór Ed zaserwował nam "Sing" <3, którym obecnie kończy wszystkie koncerty. Każe ludziom śpiewać bez przerwy, a potem schodzi ze sceny i występ kończy się radośnie :). To: "Ooooo" rozlegało się jeszcze przez następne pół godziny, w drodze do szatni, na ulicach, na przystanku.

Cieszę się, że udało mi się wybrać na ten koncert, bo naprawdę potrzebowałam takiej lekkiej, pięknej rozrywki. Dwóch godzin skondensowanej, muzycznej radochy. Występ Eda był przepełniony uśmiechem, muzyką oraz ciągłym powtarzaniem, robieniem chórków, śpiewaniem, klaskaniem.

Wychodząc rozglądałam się troszkę po ludziach i zauważyłam jakichś pięciu chłopaków z bujnymi, ognistymi czuprynami i brodami :D. To fajne, że mają takiego idola, który pomaga im doceniać swoje atuty (Ed jest bardzo dumny ze swoich włosów ;)). Niestety w Polsce w wielu miejscach ciągle panuje jakieś głupie uprzedzenie, że piękni rudzielcy są gorsi i brzydcy, a jak się kogoś nie lubi, to życzy mu się rudego dziecka. WTF? Rude jest piękne <3 :D.
Awatar użytkownika
ecia
Lokalizacja: Hajduki
Podziękował: 16 razy
Podziękowano: 7 razy
Płeć: Kobieta

Re: Koncerty i festiwale muzyczne - relacje

Postautor: ecia » 27 lutego 2015, 17:41

Luna pisze:Zadzwoniłam do Stodoły, która organizowała imprezę i usłyszałam, że owszem, mają bilety na sektory drugiej kategorii i golden circle.(...)Piszę o tym, ponieważ byłam w szoku - w internetach szaleństwo, ludzie kupowali bilety od parszywych koników po 500-1000 zł. [sic!], a wystarczyło zadzwonić i zapytać .
Też chciałyśmy się z kumpelą wybrać, ale polowanie na bilety się nie powiodło, a jak na jego oficjalnej stronie pojawił się "sold out", to zrezygnowałyśmy. Nie udało się - trudno, nie zależało nam tak bardzo (przynajmniej mnie) żeby płacić kupę kasy konikom, a jeszcze potem mogłoby się pod halą okazać, że nie wejdziemy. Jak byłyśmy na System of a Down w Łodzi, to jechała z nami autobusem laska, która kupiła bilety od koników po 400 zeta (cena regularna jakieś 150) za szt. i nie weszli na halę, bo powiedziano im, że bilety zostały unieważnione. Podobno organizatorzy wyszukują w internecie aukcje i jeśli jest zdjęcie biletu z widocznym numerem, to go unieważniają. Ma to niby ograniczyć działalność koników, ale zwykle cierpią Ci, którzy kupili.
Powiedzieć wszystko?
Nie to niemożliwe.
Zawsze zostaje to co najważniejsze
i co się nie da okpić powiedzeniem.
Awatar użytkownika
Luna
Lokalizacja: Elliðaey
Podziękował: 54 razy
Podziękowano: 42 razy
Płeć: Kobieta

Re: Koncerty i festiwale muzyczne - relacje

Postautor: Luna » 01 grudnia 2015, 02:15

ecia pisze:Podobno organizatorzy wyszukują w internecie aukcje i jeśli jest zdjęcie biletu z widocznym numerem, to go unieważniają.

Przypomnę sobie o tym, jeśli kiedyś będę na tyle zdesperowana, żeby szukać biletów u koników :).


Pomyślałam, że napiszę kilka słów o koncercie Miyaviego, zanim wszystkie szczegóły wyparują mi z głowy i zostanie tylko miłe wspomnienie :). No i dla porządku chronologicznego, zanim zajrzy tu Natta, bo liczę, że zrelacjonuje nam koncert Chelsea Wolfe :).



Miyavi (Stodoła, Warszawa) - 11.10.15 r.

Wieczór otworzył polski zespół Black Radio, grający przyjemnego indie rocka, pobrzmiewającego rock and rollowo. Kojarzę jeden z ich utworów, youtube mi teraz podpowiada, że to "Zero year". Coś mi również świta, że chłopaki brali udział w jakimś talent show, ale nie oglądałam, więc nie wiem na pewno. W każdym razie zapewnili publiczności bardzo przyjemną rozgrzewkę. Nie poszłabym na ich regularny koncert, bo według mnie potrzebują jeszcze czasu na zgromadzenie i wyklarowanie materiału, ale w roli supportu byli świetni i z pewnością tak samo spisują się na mniejszych, pubowych imprezach.


Szybko przyszedł czas na gwiazdę wieczoru. Przyznam szczerze, że nie wiedziałam do końca, czego się spodziewać i delikatnie tłumiłam ekscytację Sushi, która była razem ze mną. Przypuszczałam, że doświadczymy fajnej rozrywki, ale ze względu na studyjne dokonania Miyaviego, koncert niczego nam nie pourywa. Wyszedł, taki piękny, taki egzotyczny i tajemniczy :kocham:. I jak hukło, jak jebło, tak pomyślałam sobie, że to będzie dobry wieczór.

Miyavi na żywo brzmi naprawdę ciężko, potężnie i metalowo, czego się najmniej spodziewałam. Namiastkę tego można usłyszeć tutaj: "Cruel". To tylko namiastka, ponieważ w klubie jego gitara wywoływała wstrząśnienia mózgów i przewracała narządy wewnętrzne na lewą stronę :head1:. Nie napiszę ładnej i składnej relacji, ponieważ minęło już trochę czasu. Na setlist.fm nikt nie wypisał utworów, co jest dla mnie małym utrudnieniem zważywszy na fakt, że właściwie nie znam twórczości Miyaviego :mrgreen:. Mogę się posiłkować jedynie tym, co zapamiętałam oraz znalazłam na youtube. Po "Cruel" było "What's my name?", "Come alive" rozpoczęte epickim pojedynkiem z Bobo, "Secret", którym byłam wielce rozradowana, bo potrafiłam to zaśpiewać (przynajmniej w jakichś pięćdziesięciu procentach, resztę się zaimprowizowało :mrgreen:). Później radowałam się jeszcze bardziej, ponieważ Miyavi zapowiedział utwór, którego nie może pominąć, czyli oczywiście "Selfish love" :jupi: :brawo: :head1: :lamaskok:. Po tym zrobiło się naprawdę gorąco i Miyavi zdjął kurtkę, o czym zdecydowanie warto wspomnieć w koncertowej relacji :lol:. Miałam kolejny dowód na to, że ten człowiek jest naprawdę dobrym aktorem. Zastanawiałam się, w jaki sposób zachowuje absolutną powagę w momentach, kiedy dziewczęta, na jego zdejmowanie kurtki reagują wrzaskiem i piskiem, jakby je zarzynali. Przy tym jest niesamowicie świadomy swej aparycji, uroku i talentu. Z niemałą przyjemnością patrzyłam, kiedy z miną zdradzającą wyznawanie tak bliskiej mu, japońskiej filozofii "jebiemieto" przeczesywał grzywę, niczym Johnny Bravo :D. W następnej kolejności usłyszeliśmy piękny, akustyczny wstęp do super rozrywkowego "Calling", na którym sobie nawet potańczyłam. Temperatura cały czas wzrastała i na tym etapie widać było, że Miyavi się bardzo rozluźnił, nakręcił i bawił tak samo dobrze, jak my. Podczas potężnego wstępu do "Day 1" krążył po scenie, jak dzikie zwierzę, wprost nie wiedział, co ma zrobić ze swoją energią :). Jego tańce były epickie, wciąż fruwał nad ziemią i pływał z gitarą. Później opowiedział nam, że dzień wcześniej wybrał się na spacer po warszawskim Starym Mieście. Uznał, że jest piękne i pomimo tego, że odbudowane, poczuł historię i niesamowitą atmosferę. Podczas tego spaceru spotkał nawet swojego fana, który był na koncercie :D. Na nasze skandowanie: "Dziękujemy!" odpowiedział, że myślał, iż krzyczymy po polsku: "Bobo is too sexy" :lol:. Następnie usłyszeliśmy rewelacyjnie i efektownie zagrany temat z "Mission impossible". Gdzieś po drodze było jeszcze "What a wonderful world", "Horizon", "Cry like this", "Let go" i na koniec "The Others", które promowało tę trasę i stało się hymnem wieczoru (coś tam jeszcze zapewne pominęłam i pomieszałam, ale teraz nic na to nie poradzę ;)).

Druga połowa koncertu zapchana była samymi hiciorami i wszyscy śpiewali tak głośno, że w niektórych momentach miałam wrażenie, jakby za moimi plecami wybuchł granat, który mnie ogłuszył i oszołomił. Istny ogień. Dziwię się, że się mię na nogach nie rozpadli kozaczki, bo praktycznie cały koncert skakałam. Nawet nie wiem, skąd brałam na to siłę... Po wszystkim miałam ochotę się napić, odświeżyć i wcisnąć repeat. Miyavi wie, jak naładować człowieka pozytywną energią. Jego rytmiczne napierdzielanie na gitarze daje takiego kopa, że nie sposób ustać w miejscu. Naprawdę, spodziewałam się, że przeżyję sympatyczny wieczór, a tymczasem dostałam 100% muzyki w muzyce, niesamowitą rozrywkę i energetyczną bombę. Miyavi jest przeuroczym człowiekiem, niesamowicie grzecznym, skromnym, uśmiechniętym i w dodatku nauczył się wielu polskich słów i zwrotów, którymi nas ciągle zaskakiwał i radował :D. Nie mogę się doczekać jego kolejnej wizyty w Warszawie, bo to oczywiste, że mnie tam nie zabraknie <3.

Wróć do „Dla muzyki, o muzyce, z muzyką”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość